Kurs kursem, ale wybraliśmy się na milongę, żeby zobaczyć jak to się powinno tak naprawdę robić. Wróciliśmy trochę przybici, morale w drużynie drastycznie spadło... Przed nami jeszcze bardzo, ale to bardzo długa i wyboista droga...
PS Filmik pokazuje naszą nauczycielkę Jenney - to tak żebyście zrozumieli, że to naprawdę nie jest proste!
Nie, to nie są pola gdzieś 100km poza miastem lecz park w północnym Londynie. Taki trochę buszowaty i naprawdę można się w nim odciąć od ludzi. A potem wrócić metrem do domu.
Magda Ż. też się doczekała 30tych urodzin i zaprosiła nas na grilla. Paweł okazał się najbardziej przydatny ze wszystkich gości, bo zarządzał jedzeniem. Dzięki czemu dostałam najlepsze kawałki:)
Ano, żyje się... Kozy, owce, krowy, kaczki i koguty... Takie atrakcje nam tutaj serwują w parku obok. Oprócz tego pełno jedzenia ze wszystkich stron świata (choć głównie z Karaibów), kilka scen i lokalny cydr. Dla każdego coś dobrego:)
Urodziny Pawła świętowaliśmy w Thorpe Park na górskich kolejkach. Takich bardzo wysokich, szybkich i przerażających górskich kolejkach. Typu 150km/h w dwie sekundy. Dwie sekundy!!!!Nadal ledwo oddycham i na żołądku mi coś siedzi...
PS Spokojnie, nie zasypujcie go na razie życzeniami;) Urodziny są tak naprawdę 28-ego, ale akurat świeciło słońce, więc było trzeba wykorzystać tę rzadką okazję.
PS 2 Zdaję sobie sprawę, że napisałam, że świeciło słońce, a umieściłam zdjęcie z zachmurzeniem, ale to ponieważ na szczęście na chwilkę się przyciemniło, dzięki czemu lepiej udało mi się oddać dramatyzm sytuacji.
Bastylii, a właściwie to rewolucji francuskiej. Był piknik, DJ-e, gra w bule oraz (nielubiany przeze mnie) Ricard. I przy tym wszystkim tylko się zastanawialiśmy, dlaczego polska impreza w Londynie nie może być taka....
Nie mój, tylko Gosi:) Godność została nieco zatracona jak założyłyśmy afro i okulary, ale potem zobaczyłyśmy inne grupki na mieście na wieczorach panieńskich i wręcz się smutno zrobiło, że się nie ubrałyśmy...
Następnie założyłyśmy wrotki i ruszyłyśmy na parkiet:)
Milan przyjechał na kilka dni i wzięliśmy go na wybrzeże w okolice Eastbourne. Wycieczkę zaczęliśmy oczywiście od pinty:)
Ale potem zabraliśmy się na serio do roboty i rozpoczęliśmy wspinaczkę po 160 metrowych kredowych klifach. Tak, 160 metrów mają.... Te kropki na górze to oczywiście nie mrówki tylko inni odważni.
Było warto się wspinać dla tych widoków:) Beachy Head to jeden z najfajniejszych kawałków wybrzeża Anglii.
Z jakiegoś powodu co roku ciągnie mnie na tę paradę :) Choć potem odwracam się w drugą stronę spragniona kolejnych widoczków, a tu takie rozczarowanie...