Tym razem urodziny Alisy były na Hoxton Square. Udało nam się przejść door selection i po odstaniu w kolejce pod drzwiami mogliśmy ustawić się do następnej przy barze. A potem już kolorowy parkiet:)
Praca zawiodła mnie do centrum dowodzenia Wielką Brytanią, czyli do Westminster. Nie sądziłam, że będzie można tam gdziekolwiek robić zdjęcia, więc na wszelki wypadek nie wzięłam aparatu, żeby nie powodować zamieszania przy prześwietlaniu torebki. Jednak okazało się, że w najciekawszym miejscu w tym budynku można robić zdjęcia, więc szybko uruchomiłam mój telefon. Stąd ta jakość... Tak więc musicie mi uwierzyć na słowo, że Westminster Hall jest niesamowity. Rzeźbiony drewniany sufit robi wrażenie.
Kilka miesięcy temu Alex przeprowadziła się do domku na wsi w Cambridgeshire - codziennie dojazd do pracy zajmował jej blisko dwie godziny... Całą zimę tam przemieszkała wpatrując się w ogromny kominek (nieczynny) zajmujący połowę pokoju. W końcu ją odwiedziłyśmy w tym uroczym miejscu. Szkoda tylko, że jak wiosna się zbliża to ona się wyprowadza...
Pożegnanie Alex odbyło się w lokalnych barach na Clapham i tylko najtwardsi przetrwali do tego zdjęcia. W związku z redukcjami u mnie w firmie, Alex wraca do Irlandii i zamierza tam jeździć konno:)
W kryzysie trzeba się promować, więc jak znajomy dziennikarz spytał, czy może przeprowadzić ze mną wywiad do artykułu o międzynarodowym talencie, szybko powiedziałam 'tak'. I bardzo dobrze, bo teraz przynajmniej wiem, jak bardzo media przekręcają to co mówimy:) Efekty można przeczytać TUTAJ. W sumie z tego całego paragrafu to może jedno zdanie prawdy można tam znaleźć, ale co tam, grunt to niezły PR:)
Ale Paweł to się nawet oburzył, bo 'to nie jest zgodne z prawdą'... Bo nie European, ale Worldwide telecom, i wcale nie international sales team, ale wholesale business. I na dodatek z tekstu wynika, że przyjechał też z Łodzi. I to był gwóźdź do trumny. I narzekanie na to ostatnie będzie powodem, dla którego większość z moich znajomych nie będzie z nim rozmawiać....;)
Trochę nam zeszło, ale już o 3 byliśmy po śniadaniu... Bardzo dobrym śniadaniu, gdzie dają pyszny chleb, a nie zwykłe tosty, i które napełniło nas do wieczora.
Udało mi się zebrać pół Łodzi na kolację na Brick Lane (tak, tak, dzisiaj była kuchnia hinduska). Wszyscy prosto z pracy, więc lekko wykończeni, ale nie przeszkodziło nam to zrobić kilka przyniesionych butelek. Restauracje działające na zasadzie 'bring your own (alcohol)' to bardzo dobra koncepcja:)
A potem jeszcze chwila tańca na stole w klubie obok.
Gosia z Piotrkiem przygotowali listę kuchni świata, których chcieliby skosztować przed powrotem do Fabriano i kuchni włoskiej. Dzisiaj było tapas, więc mogliśmy szybko porównać sewilski oryginał z londyńską wersją. I też było pyszne! A potem kilka piw i cydrów w barach na Clapham:)
No dobrze, zanim wrzucę wszystkie zdjęcia na Picassę, jeszcze jedno szybkie zdjęcie z terenów gdzie odbyło się Expo. Tam było bardzo smutno....
Na szczęście stare miasto jest super, a szczególnie pałac królewski Alcazar gdzie podejmowano decyzje o wysyłaniu ekspedycji odkrywających nowe światy.
Ornamenty, dekoracje ceramiczne, ogrody, wpływy mauretańskie - i to wszystko za 6.5 euro! Great value for money:)
Alcazar był super i zaspokoiwszy nasze potrzeby estetyczne (oraz potrzeby brzuszków), mogliśmy powrócić do rzeczywistości i 0 stopni w Londynie...
Andaluzja to oczywiście corrida, flamenco, słońce i wino - zaliczone.
Stare miasto to przede wszystkim katedra i Giralda, dzwonnica katedry, która początkowo pełniła funkcję minaretu muzułmańskiego meczetu zanim został on przekształcony w katolicki kościół.
A nowsza część miasta to przede wszystkim mosty. I resztki po Expo'92. Ale więcej zdjęć z tych terenów będzie w albumiku. Już niedługo...
Późnym wieczorem przylecieliśmy do Sewilli, ale na szczęście Hiszpanie jedzą bardzo późno i o północy restauracje dopiero się rozkręcały, więc zaczęliśmy poznawanie miasta od jedzenia. Pyszne tapas:)
Wszyscy ciągle pytają, czy ten kryzys to naprawdę jest, czy go nie ma. Od kilku miesięcy powtarzam, że jest i to na maksa szaleje, no i w końcu mam dla was dowód taki bardziej namacalny. W poprzedni piątek zaczął się u nas w firmie okres konsultacji, w wyniku którego jedna osoba została zwolniona (w naszym przypadku to 10% pracowników), a wszyscy przechodzą na skrócony tydzień pracy. Ja będę pracować tylko trzy dni w tygodniu od 1 marca, co oznacza obcięcie pensji o 40%. Zarząd pracuje w taki sposób już od kilku miesięcy, ale teraz cięcia idą jeszcze dalej i pani prezes przechodzi na jednodniowy tydzień pracy....
No więc tak, kryzys jest. A nowych ofert pracy nie ma. Wyjścia brak.
Mam swoją własną domenę!:) Paweł coś tam marudził, że 800 obrazków trzeba przenieść, itp., ale teraz blog już ruszył na www.magdainlondon.com, a poprzednia domena poszła w zapomnienie i jest super. Więc dziękuję:)
Śnieg zimą to nic zaskakującego, prawda? No nie do końca.... Padało całą noc, więc dzisiaj tylko dwie linie metra jeżdżą normalnie, żaden (!!!!) autobus nie wyjechał z zajezdni, pociągi nie jeżdżą, lotniska i szkoły zamknięte, a chodniki są całkowicie zasypane. I nawet nie jest tak zimno! Naprawdę! Ale po prostu ilość śniegu przerosła wszystkich, bo ostatnio tak padało 18 lat temu, więc odśnieżarek nikt całe lata nie widział i wszystkie zardzewiały.
Co najważniejsze, siedzę w domu i czekam na poprawę pogody:) Do biura dotarła jedna osoba, która mieszka rzut beretem od pracy. Paweł też jest jedyny u siebie, a że drzwi wejściowe były u niego zamarznięte to musiał wejść przeciwpożarowymi....
Jest śmiesznie:) I w końcu o kryzysie w TV nie mówią....