Przez najbliższy tydzień jestem bardzo zajęta pomaganiem Gosi P. w robieniu 'nic' we Włoszech. Powrócę w sobotę 6 września - silniejsza i dużo bardziej zrelaksowana:)
Wybraliśmy się do Norwegii odwiedzić rodzinę Thomasa, z którym poznałam się podczas praktyk w Rosji. Thomas dzielnie nas oprowadzał po mieście pchając wózek i ciągnąc psa, który był główną atrakcją turystyczną i co chwila ktoś podchodził żeby zrobić mu zdjęcie...
Trafiło nam się kilka ciekawych wydarzeń, między innymi sekciarskie przedstawienie przed nową operą.
Nie zabrakło także kulturalnych atrakcji w postaci wystawy Muncha.
No i trochę sportu też było.
A na koniec również sobie cyknęliśmy zdjęcie z główną atrakcją - psem Edwardem.
Postanowiłam w końcu spróbować swoich sił za kółkiem po drugiej stronie ulicy. Żeby nie rozwalić pożyczonego samochodu wykupiłam lekcję w szkole nauki jazdy. To był chyba dobry pomysł, bo dwa razy prawie władowałam się na czołowe przy skręcie w prawo....
Kolejny kawałek ziemi w Londynie został sprzedany pod biurowce. Szkoda tylko, że to oznacza wyburzenie po 75 latach dotąd jedynego w mieście toru z wyścigami psów. Na pożegnalny wieczór zwaliły się dzikie tłumy, a psy biegały super szybko. To był moment...
Oczywiście obstawialiśmy po nazwach psów. Pennys Chapter czy Roswell Startrek biegały słabo, ale już na przykład Bingo Panda i Seamies Gambler przyniosły mi szczęście i w sumie przytuliłam £4,20 :)
Wolno, powolutku, zaczynamy szukać nowego mieszkania:) Tak żeby do pracy było nieco bliżej (teraz jest godzina w jedną stronę), no i że będziemy wynajmować tylko we dwójkę, a więc więcej miejsca dla gości:)
Już tylko kawa (oczywiście taka w angielskim stylu, porozlewana na boki) trzyma mnie jeszcze przy życiu - bardzo potrzebuję wakacji i mam nadzieję, że już niedługo w końcu nadejdą...
Kolejne barbecue na naszym patio, tym razem z okazji urodzin Magdy. Ekipa całkiem spora jak widać na załączonym obrazku.
A potem jeszcze impreza u Alex z mojito jako tematem przewodnim. Ciężki wieczór to był:)