Dzisiaj był pierwszy dzień w nowej pracy! I jest super!! Tzn. tak normalnie, tak jak powinno być, ale dotąd tej normalności nie miałam, więc jest po prostu super! Może trochę namieszałam w tej wypowiedzi, ale najważniejsze, że jestem bardzo zadowolona:) I pnę się wyżej;)
Na zdjęciach ta kolejka rzeczywiście nie wyglądała zbyt imponująco, ale na YouTube można oczywiście już znaleźć wiele filmików lepiej ją ilustrujących... Ale pamiętajcie, że to tylko jeden z punktów wyborczych!
Ja już w podstawówce doszłam do tego, że jest bardzo dużo Polaków o nazwiskach zaczynających się na P i S, ale widocznie pracownicy ambasady w Londynie o tym nie wiedzieli i wyborców podzielili tak po równo od A do K i od L do Z. Dzięki temu z Pawłem znaleźliśmy się w krótszej kolejce i czekaliśmy na wrzucenie losu tylko jakąś godzinę. Nasza współlokatorka miała mniej szczęścia i odstała ponad 3 godziny. Wspieraliśmy ją telefonicznie z naszej kolejki powtarzając, że to dla jej rodziny i dla tych co zostali. Doceniacie?:)
Od tygodnia wszyscy żyli rugby i pokładali wielkie nadzieje w tym panu z obrazka. Nawet wystawili jego figurę woskową na Trafalgar Square obok innego bohatera narodowego. Planowano również paradę zwycięstwa, na którą nawet się napaliłam. No ale niestety imprezy nie będzie, walczyli dzielnie, ale przegrali w wielkim finale z drużyną RPA. Ponoć przegraną oglądało 30 mln Brytyjczyków. Ale spokojnie, nadal większość z nich nie rozumie zasad i o co chodzi w tym całym młynku...
Idziemy sobie przez park niczego nie podejrzewając, a naszym oczom ukazuje się takie coś kolorowe, złocone, świecące... Szkoda tylko że słoneczka nie było, więc niestety jakość zdjęć dosyć średnia:(
Dopiero od wczoraj siedzę w domu i szukam pracy, więc jeszcze się nie przyzwyczaiłam do ilości czasu i nie mam uporządkowanego dnia. Ale dzisiaj sobie przypomniałam, że przecież mogę wolny czas wykorzystać na aktualizację bloga, więc czym prędzej wrzucam fotkę i wracam do wysyłania aplikacji.
Komunikat: złożyłam wypowiedzenie.
Nie chciałam przynudzać na blogu o codziennym koszmarze, który przeżywałam w pracy przez ostatnie kilka miesięcy, ale skoro w końcu się z niego uwolniłam to czas o tym wspomnieć.
Krótko mówiąc było bardzo ciężko i wykończyło mnie to psychicznie. Nie, nie chodzi o ilość pracy, choć tego też było bardzo dużo, ale o atmosferę tworzoną przez szefową, która chyba za bardzo wzięła sobie do serca film "Diabeł ubiera się u Prady". W sumie powinnam się zorientować, że coś jest nie tak już w pierwszym tygodniu pracy, gdy dowiedziałam się, że w firmie istniejącej od jedenastu lat nikt (poza córką szefowej) nie pracował dłużej niż rok... Każdy miał swoje powody żeby tam być, ale powoli wszyscy się wykruszają, a ona zawsze znajdzie następnych jeleni takich jak ja. Ja wytrzymałam tam sześć miesięcy tylko po to, żeby na moim CV było widać, że mam brytyjskie doświadczenie. A teraz w końcu mogę move on:)
Bardzo mi ulżyło:)
No i teraz szukam nowej pracy.