Wieczór w Sajgonie

No to jesteśmy! Po wielu godzinach w wąskich fotelikach dolecieliśmy hałaśliwego Sajgonu zwanego również (oficjalnie) Ho Chi Minh City. No to na miasto! Pięć minut od hotelu już kilka niezapomnianych momentów, jak na przykład ludzie tak sobie po prostu tańczący w parku.


Wszystko i wszyscy na ulicy byli fascynujący.


Czas coś przekąsić, więc poszliśmy na nocny market. Ale najpierw było trzeba przejść przez ulicę.... Tylko dla odważnych...



Udało się! Przeszliśmy przez ulicę, znaleźliśmy odpowiednio hałaśliwe miejsce z jedzeniem i od razu złamaliśmy podstawową zasadę 'nie bierzcie niczego z lodem', o której piszą w każdym przewodniku...



Poszliśmy też zobaczyć kuchnię naszego lokalu i głównego kucharza.


A potem spacerek po centrum, które jak się okazuje się pełne 'po francuskich' budynków. No i wszędzie jest też wiecznie żywy Wujek Ho.


Francuscy kolonialiści zostawili też po sobie katedrę Notre Dame.


No dobra, chodzimy dalej, patrzymy co się dzieje na ulicach, jakie biznesy ludzie prowadzą. No i na przykład właściciele galerii prowadzą sobie parking dla motocykli na boku (a właściwie w środku).


Na ulicach jest pełno barów, które mogą zniknąć tak samo szybko jak się pojawiają.



Za to na rzece... No cóż, na rzece dzieją się cuda.



Magda 2010-08-07 16:46:41, MojePodróże; 0 comments

Honeymoon

I jeszcze od rana w pracy, a po południu plecak na plecy i na lotnisko rozpocząć naszą wietnamską przygodę:)
Zaczęło się dramatycznie od zgubienia paszportu na lotnisku, ale się odnalazł i jako ostatni weszliśmy do samolotu. Ufff... Vietnam, here we come!

Magda 2010-08-06 20:41:15, MojePodróże; 0 comments