No to jesteśmy! Po wielu godzinach w wąskich fotelikach dolecieliśmy hałaśliwego Sajgonu zwanego również (oficjalnie) Ho Chi Minh City. No to na miasto! Pięć minut od hotelu już kilka niezapomnianych momentów, jak na przykład ludzie tak sobie po prostu tańczący w parku.
Wszystko i wszyscy na ulicy byli fascynujący.
Czas coś przekąsić, więc poszliśmy na nocny market. Ale najpierw było trzeba przejść przez ulicę.... Tylko dla odważnych...
Udało się! Przeszliśmy przez ulicę, znaleźliśmy odpowiednio hałaśliwe miejsce z jedzeniem i od razu złamaliśmy podstawową zasadę 'nie bierzcie niczego z lodem', o której piszą w każdym przewodniku...
Poszliśmy też zobaczyć kuchnię naszego lokalu i głównego kucharza.
A potem spacerek po centrum, które jak się okazuje się pełne 'po francuskich' budynków. No i wszędzie jest też wiecznie żywy Wujek Ho.
Francuscy kolonialiści zostawili też po sobie katedrę Notre Dame.
No dobra, chodzimy dalej, patrzymy co się dzieje na ulicach, jakie biznesy ludzie prowadzą. No i na przykład właściciele galerii prowadzą sobie parking dla motocykli na boku (a właściwie w środku).
Na ulicach jest pełno barów, które mogą zniknąć tak samo szybko jak się pojawiają.
Za to na rzece... No cóż, na rzece dzieją się cuda.
I jeszcze od rana w pracy, a po południu plecak na plecy i na lotnisko rozpocząć naszą wietnamską przygodę:)
Zaczęło się dramatycznie od zgubienia paszportu na lotnisku, ale się odnalazł i jako ostatni weszliśmy do samolotu. Ufff... Vietnam, here we come!
Zapakowaliśmy się w samochód i wyruszyliśmy w poszukiwaniu ładnych widoków. Znaleźliśmy taką wysepkę z latarnią.
I malowniczy cmentarz z ruinami kaplicy.
A w Cobh natknęliśmy się na różne gadżety związane ze statkiem Titanic. To dlatego, bo Cobh było jednym (chyba ostatnim) z przystanków w dziewiczym rejsie Titanica.
W piątkowy wieczór zaraz po pracy popędziliśmy na lotnisko i już przed północą zasiedliśmy przy stole z rodziną Ciężkich w Cork na południu Irlandii. A że zaopatrzyliśmy się odpowiednio w strefie bezcłowej to było co przy stole robić...;)
For a nice dinner, go to Outsider, but you might want to book a table earlier. If you feel adventurous and want to remind yourself of student years, Monster Mash Cafe is your place. For a quick fix, go for a yummy roll at Oink Hog Roast. And for a tea and apple strudel The Hub in another transformed church is perfect.
And a few bars worth mentioning: super cosy Last Drop with its genius idea of giving people chalk to write on boards in the ladies’ toilet, White Hart Inn for being just normal, The Oxford Bar for being Ian Rankin’s Inspector Rebus’ favourite hunt and all red Kay’s Bar for good selection of ales and great atmosphere.
In terms of accommodation, it’s not easy to find bargains in Edinburgh and we opted for serviced apartments. Ours was located on Broughton Road (please note they have apartments all around the city and the quality varies, so people staying somewhere else, or even in a different room, might have a completely different opinion about them...), which was very convenient because of its proximity to Tesco. Really important if you’re staying for a few days and want to feel a bit like at home and buy snacks, wine, etc. Apartments are not luxurious, but good value for money. We had a small but comfortable room with all we needed and a garden just in case it was sunny. It wasn’t.
Chodząc ulicami Edynburga można się natknąć na wiele ciekawych osób. Niektórzy ciężko pracują witając gości hotelowych lub zbierając pieniądze na cele charytatywne.
Inni zabawiają turystów reklamując chipsy.
A inni po prostu chleją pod zamkiem po meczu. I tak, nie mieli nic pod spodem. Wiem, bo jak siadali to naszym oczom ukazał się przerażający obraz...
We started the day with a tasty (and huge, and loud...) breakfast at Where the Monkey Sleeps. Their Meathammer - or haggis and chorizo bagel as others would call it - is a must. A big glass of wine was drunk at Firebird conveniently located close to Kelvingrove Art Gallery and Museum. We then tried Stravaigin for dinner, but it was all booked up. Call to avoid disappointment - it’s very popular and allegedly serves good food. But so does Oran Mor (resto, bar and a club all in one) not far from there. Plus you get an extraordinary location – it’s in an old church. My grandma would be delighted if she knew that I spent my birthday in a church... We stayed at Travelodge Central, so no surprises here other than it’s very conveniently located.
Z Cardiff jest bardzo blisko do Bristolu, więc tam też zajrzeliśmy. Główną atrakcją miasta jest most Clifton. Jest to właściwie tak ważna atrakcja, że zaliczyliśmy ją za dnia i nocą.
Banksy, a właściwie to co zostało z jego pracy, jest drugą najważniejszą (przynajmniej wg mnie) atrakcją Bristolu.
I są też kolorowe domki i łódki i w ogóle Bristol okazał się bardzo fajny:)
Na Wielkanoc pojechaliśmy za granicę, do Walii. Jest tam zamek i (bardzo) dużo żonkili. Jest też sporo napisów w dziwnym języku, że w walijskim.
Przeszliśmy się na kawę i ciastko do Walijskiego Zgromadzenia Narodowego. I to tak bez przepustki czy rezerwacji biletów trzy lata wcześniej. A warto było, bo mają tam niezłą boazerię...
A więc Wielkanoc była bez jajka, ale za to z cydrem:) Takim organicznym, walijskim rzecz jasna, prosto z farmy:)
Dwie godziny i 15 minut w pociągu i jesteśmy u Gosi w Brukseli obejrzeć sobie jej miejsce pracy.
I oczywiście pojeść (i popić) pyszną czekoladę.
Były też zabytki. I to bardzo interesujące. Główny plac był zdecydowanie dużą odmianą w porównaniu z budynkami unijnymi.
A na koniec jeden z bardziej kontrowersyjnych zabytków (ciekawostek), czyli toaleta na świeżym powietrzu. Co jest w tym kontrowersyjnego? Ano fakt, że sika się na jedną ze ścian kościoła....
Już wkrótce, już od jutra, ulubione danie Pawła: frytki z majonezem. I to w miejscu, z którego to wykwintne danie pochodzi, czyli w Brukseli. Ja chyba skupię się na innym i dużo mniej kontrowersyjnym belgijskim smakołyku, czekoladzie... No i na piwie oczywiście:)
Zrobiliśmy sobie dłuższy weekend i pojechaliśmy na szybką wycieczkę do drugiego największego miasta Anglii - Birmingham. Muszę dodać, że ku zaskoczeniu wszystkich, ponieważ nikomu w pracy do głowy by nie przyszło pojechać tam z własnej nieprzymuszonej woli. Rzeczywiście niewiele atrakcji w Birmingham, głównie centra handlowe... Za to mają jedną naprawdę ciekawą rzecz: Selfridges w dość oryginalnym kształcie.
Pojechaliśmy na szybką wycieczkę do pobliskiego Guadix z ładną katedrą i mauretańskim zamkiem.
Ale Guadix jest przede wszystkim znane z jaskiń. Nie mam na myśli takich prymitywnych jaskiń, ale normalne domki. Ponoć są całkiem niezłym miejscem na ukrycie się przed upałem w lato.
Cały dzień spędziliśmy na szwędaniu się ulicami Granady. Widzieliśmy rewitalizowaną arenę do walki byków i stary szpital z niesamowitymi freskami.
I dużo, bardzo dużo graffiti.
Włóczyliśmy się również pokrętnymi ulicami dzielnicy Albayzin o silnych mauretańskich wpływach.
W nocy tam ponoć trochę niebezpiecznie, bo uliczki są puste i bardzo pokrętne, więc tylko trochę się tam pokręciliśmy.
I poszliśmy jeść. Mnie się oczywiście najbardziej podobały knajpy z rzędami wiszących szynek. Na dobrą sprawę przez cały pobyt jedliśmy na okrągło... Granada jest jedynym miastem w Hiszpanii o pięknej tradycji dawania darmowych tapas do każdego zamówionego napoju. A że pić nam się często chciało...
Na jesienną wycieczkę wybraliśmy się do Chester na północnym wschodzie Anglii. Bardzo malownicze miasteczko z kilkoma niezłymi knajpami serwującymi pyszne brytyjskie dania - wiem, niesamowite...
Wybraliśmy się na szybką wycieczkę do Dover - miejsca, w którym dla wielu imigrantów kończy się brytyjski sen jeszcze zanim się zacznie...
Z pewnością nie jest to najbardziej urokliwa miejscowość jaką widzieliśmy, ale są klify i zamek, więc na kilka godzin wystarczy.
Kolejne fantastyczne miejsce na śniadaniowe dim sum - trzeba o nie walczyć z Panią z wózkiem... I walczyliśmy dzielnie, bo czekała nas wyprawa na górkę z 10,000 Budd w samo super gorące południe.
Były złote, kolorowe, małe i bardzo duże. Było ich naprawdę dużo...
A na koniec czekała nas niespodzianka w postaci bawiących się na wolności małp!
Pojeździliśmy sobie po Nowych Terytoriach, jeszcze bardziej w głąb lądu, bliżej Chin. Głównie bloki... Niesamowite, że te super wysokie wieżowce to nie biurowce tylko normalne bloki mieszkalne. I są ich setki...
No i na koniec przed odlotem jeszcze trochę street food:)
Rzut beretem i jesteśmy w innej byłej kolonii, w Makau. Tak samo gorąco i parno jak w saunie, ale poza tym zupełnie inaczej, jakbyśmy naprawdę byli w Portugalii. No może poza tym rykszarzem, który nas obwiózł po mieście...
Ale ten główny zabytek to naprawdę jak z południa Europy.
Kolejny dzień spędziliśmy na jednej z wysp w okolicach Hong Kongu - Lantau. W ramach zorganizowania tam jakiejś atrakcji turystycznej, postanowiono wiele lat temu zbudować buddyjską Częstochowę. Praca nadal wre, ale gigantyczny Budda na wysokiej górze już jest.
Na wyspach można też oczywiście zjeść najświeższe owoce morza - na zdjęciu widać wyławianie naszego obiadu.
Spędziliśmy też trochę czasu na malowniczej plaży - tylko my i pięciu ratowników. I sieci przeciwrekinowe.
Zaczęliśmy pysznymi dim sum na śniadanie, a potem obejrzeliśmy pierwszy wieżowiec wybudowany w HK.
Zobaczyliśmy dużo więcej wieżowców gdy wjechaliśmy na Victoria Peak.
Pojeździliśmy sobie trochę tramwajem piętrowym, oczywiście w pierwszym rzędzie, żeby móc sobie popatrzeć na ludzi:)
Zamiast wchodzić po kolejną górkę, ustawiliśmy się na najdłuższych na świecie ruchomym schodach. Wyobraźcie sobie tak mniej więcej długość deptaka na Piotrkowskiej...
No i oczywiście byliśmy w kolejnej świątyni buddyjskiej, zdecydowanie najciekawszej z kadzidełkami spalającymi się powoli i na okrągło...
Urodziny Pawła świętowaliśmy w Thorpe Park na górskich kolejkach. Takich bardzo wysokich, szybkich i przerażających górskich kolejkach. Typu 150km/h w dwie sekundy. Dwie sekundy!!!!Nadal ledwo oddycham i na żołądku mi coś siedzi...
PS Spokojnie, nie zasypujcie go na razie życzeniami;) Urodziny są tak naprawdę 28-ego, ale akurat świeciło słońce, więc było trzeba wykorzystać tę rzadką okazję.
PS 2 Zdaję sobie sprawę, że napisałam, że świeciło słońce, a umieściłam zdjęcie z zachmurzeniem, ale to ponieważ na szczęście na chwilkę się przyciemniło, dzięki czemu lepiej udało mi się oddać dramatyzm sytuacji.
Milan przyjechał na kilka dni i wzięliśmy go na wybrzeże w okolice Eastbourne. Wycieczkę zaczęliśmy oczywiście od pinty:)
Ale potem zabraliśmy się na serio do roboty i rozpoczęliśmy wspinaczkę po 160 metrowych kredowych klifach. Tak, 160 metrów mają.... Te kropki na górze to oczywiście nie mrówki tylko inni odważni.
Było warto się wspinać dla tych widoków:) Beachy Head to jeden z najfajniejszych kawałków wybrzeża Anglii.
Pogoda dopisuje, więc trzeba korzystać póki co, bo to przecież na pewno zaraz się zmieni! W ramach korzystania pojechaliśmy nad morze do Whitstable, miejscowości znanej z połowów ostryg. Ja akurat owoce morza bardzo średnio, ale takie ostrygi w panierce czy zapiekane w maśle z czosnkiem to bardzo dobre były. Tylko te takie naturalne niezbyt mi weszły i na żołądku leżały...
Bank Holiday w końcu nadszedł, ale pogoda oczywiście musiała być niekorzystana. Zaczęliśmy od plaży w Brighton gdzie widać jeszcze stare, spalone molo.
Są też typowe dla nadmorskich miejscowości kolorowe domki.
Na szczęście słońce w końcu wyszło i był to najcieplejszy dzień roku! To niesamowite wydarzenie świętowaliśmy z odwiedzającymi nas Agatą i Maćkiem.
Obejrzeliśmy też główną atrakcję - poza molem - Brighton: Royal Pavilion zbudowany w stylu hindi z ogromnymi kopułami w kształcie cebuli i minaretami. Taki tam przykład architektury brytyjskiej....
Trzeciego dnia rano padało, więc zdecydowaliśmy się pozwiedzać wnętrza i oczywiście zaczęliśmy od Błękitnego Meczetu, a potem poszliśmy do pobliskiego Pałacu Topkapi, rezydencji sułtanów przez ponad 380 lat.
W pałacu był oczywiście harem, składający się z kilkuset komnat....
Narobiliśmy się od rana i czas było coś przekąsić.
A potem udaliśmy się na drugą stronę Złotego Rogu do głównej ulicy Istambułu.
Poza charakterystycznymi kręconymi schodami udało nam się zobaczyć resztki starego Istambułu sprzed wielkich pożarów.
I to wszystko w okolicach ulicy Istiklal, po której jeżdżą stare tramwaje, a dzieciaki tylko czekają jak ruszą, żeby się załapać na darmową jazdę.
Błękitny Meczet mijaliśmy codziennie po kilka razy i nawet mogliśmy na niego patrzeć z dachu naszego hotelu:)
Kolejna atrakcja trochę nas zaskoczyła - 1 maja jest tam obchodzony dosyć burzliwie... W centrum pełno niezbyt pokojowych demonstracji, a tyle policji oczekującej w napięciu w kluczowych punktach miasta to chyba nigdy nie widziałam...
Dlatego my uciekliśmy na Wyspy Książęce gdzie życie toczy się powoli.
Nawet bardzo powoli....
Na wyspie Burgazada mają całkiem niezłe widoki!
A Büyükada jest znana z drewnianych willi trochę przypominających dom rodziny Adamsów.
Do Istambułu lecieliśmy lepszymi liniami i uważny steward British Airways zauważył, że coś jestem niezadowolona z miejsca bez okna i z okazji urodzin i tej niedogodności donosił regularnie szampana i przekąski z klasy biznes. Po trzech buteleczkach brak okna nie miał żadnego znaczenia...
A potem już metro i tramwaj i wylądowaliśmy w centrum przy Hagia Sofia, czyli kościoła z VI wieku, przerobionego za czasów tureckich na meczet, a w 1935 na muzeum. Czwarty co do wielkości kościół świata. Tak, jest spory.
Nasz hotel był bardzo blisko, w samym centrum i następnym punktem programu była kolacja urodzinowa:)
Oczywiście w restauracji, pomimo jej klasy, chodzi sobie kot. Koty i psy są właściwie wszędzie.
A w drodze powrotnej do hotelu jeszcze jeden rzut oka na Hagia Sofia - tym razem by night.
Ryanair jak zwykle poszalał z cenami biletów w okresie świątecznym, więc na wycieczkę wielkanocną wybraliśmy się pociągiem do Warwick, gdzie głównym zabytkiem jest średniowieczny zamek przemieniony w atrakcję dla całej rodziny. Niemalże Disneyland w wykonaniu brytyjskim.
Była też bitwa o zamek.
I fajne ptaki tam latają.
Poza zamkiem, samo Warwick też jest bardzo urokliwe i pełne historycznych budynków.
Ale co tam zabytki, przecież wiadomo, że w Bawarii liczą się przede wszystkim piwo, festiwale piwa i panowie w skórzanych, przykrótkich spodniach pijący piwo. Zaliczone:)
Paweł pojechał do Monachium na szkolenie, więc stwierdziłam, że mu narobię wstydu i odprowadzę do samego hotelu:) A przy okazji oczywiście zwiedzę miasto! Poza starówką zaliczyliśmy też nowsze zabytki...
I muzea oraz galerie sztuki. Tak, muzeum i galeria sztuki BMW.
Kilka miesięcy temu Alex przeprowadziła się do domku na wsi w Cambridgeshire - codziennie dojazd do pracy zajmował jej blisko dwie godziny... Całą zimę tam przemieszkała wpatrując się w ogromny kominek (nieczynny) zajmujący połowę pokoju. W końcu ją odwiedziłyśmy w tym uroczym miejscu. Szkoda tylko, że jak wiosna się zbliża to ona się wyprowadza...
No dobrze, zanim wrzucę wszystkie zdjęcia na Picassę, jeszcze jedno szybkie zdjęcie z terenów gdzie odbyło się Expo. Tam było bardzo smutno....
Na szczęście stare miasto jest super, a szczególnie pałac królewski Alcazar gdzie podejmowano decyzje o wysyłaniu ekspedycji odkrywających nowe światy.
Ornamenty, dekoracje ceramiczne, ogrody, wpływy mauretańskie - i to wszystko za 6.5 euro! Great value for money:)
Alcazar był super i zaspokoiwszy nasze potrzeby estetyczne (oraz potrzeby brzuszków), mogliśmy powrócić do rzeczywistości i 0 stopni w Londynie...
Andaluzja to oczywiście corrida, flamenco, słońce i wino - zaliczone.
Stare miasto to przede wszystkim katedra i Giralda, dzwonnica katedry, która początkowo pełniła funkcję minaretu muzułmańskiego meczetu zanim został on przekształcony w katolicki kościół.
A nowsza część miasta to przede wszystkim mosty. I resztki po Expo'92. Ale więcej zdjęć z tych terenów będzie w albumiku. Już niedługo...
Późnym wieczorem przylecieliśmy do Sewilli, ale na szczęście Hiszpanie jedzą bardzo późno i o północy restauracje dopiero się rozkręcały, więc zaczęliśmy poznawanie miasta od jedzenia. Pyszne tapas:)
Było dużo jeżdżenia i jeszcze więcej chodzenia po różnych dziwnych zabytkach miasta - tych starych i trochę nowszych.
A na koniec jeszcze niespodzianka: Eurostar wydał dwa bilety na to samo miejsce, co zapewniło nam przejażdżkę w pierwszej klasie:) A tam nie tylko więcej miejsca, ale i kolacja, i wino, dużo wina....
Więcej zdjęć z Paryża już niedługo:) Watch this space.
Z Milanem pojechaliśmy odwiedzić Mashę w Portsmouth. Przy okazji obejrzeliśmy okręt Nelsona - i jego portrety, koję, maskę pośmiertną, buty, itp...... Tak, trochę go tam wielbią....
No dobra, jakieś tam zabytki też zwiedziliśmy. Ja się napaliłam na kontynuowanie naszej wiedzy o azulejos (czyli glazury na ścianach wszelkich możliwych budynków, z którą spotkaliśmy się wcześniej w Porto), więc poszliśmy do klasztoru, który ma najlepsze na wyspie. Jak się okazało, była to prywatna wycieczka z prywatnym przewodnikiem... Ciekawe doświadczenie. Za dwa euro:)
Ta krata oddzielała siostry zakonne od księży, ale przez dziurę w niej była podawana hostia. Niezły wynalazek.
A potem jeszcze wycieczka do głównej atrakcji wyspy, czyli ogrodu botanicznego.
Kolejna wycieczka zaczęła się w mgle. Ale po przejściu blisko 2km pod górkę (hello, ja nie chadzam normalnie po górach!), mieliśmy znowu piękną pogodę i niezłe widoki....
A potem powróciliśmy na morze, gdzie znowu było całkiem ładnie.
Udaliśmy się też do Funchalu, stolicy Madery. Bez żadnych bajerów, ale rybki na targu oferowali całkiem niezłe.
Poza miastem taka lokalna atrakcja: można zjechać z góry na takich saniach po asfalcie. Ponoć kluczem do sukcesu są specjalne buty tych panów pchających/ciągnących/kierujących saniami.
My za to zdecydowaliśmy się na inny oryginalny środek transportu: winda na zboczu klifu. Tak, trochę było straszno...
Padło na Maderę:) Nie, nie wiedzieliśmy, że to teraz najpopularniejsze miejsce wśród polskich wczasowiczów za sprawą jakiegoś serialu. Nie wiedzieliśmy też, że to najpopularniejsza 'destynacja' wśród brytyjskich emerytów... Koniec końców byliśmy najmłodsi na pokładzie EasyJet lądującego na płycie lotniska na tych palach....
Ale jak widać całkiem zadowoleni, że już zdjęliśmy ciepłe ubrania i możemy biegać w koszulkach na ramiączkach - przynajmniej ja mogę....:)
Następnego dnia skoro świt wszyscy pojechali na tor podziwiać Kubicę, który w deszczu dojechał trzeci.
A ja w tym czasie pojechałam do pobliskiego Bergamo - uroczego miasteczka w typowo włoskim stylu położonego na zboczu góry.
Głównym zabytkiem na starym mieście jest kaplica Colleoni, której renesansowa fasada robi spore wrażenie.
Kaplica jest połączona z kościołem Santa Maria Maggiore, którego wnętrzesklepienie robi jeszcze większe wrażenie. Ja się jednak skupiłam na podłodze, na której leżała dziwna lampa...
Na weekend pojechaliśmy do Mediolanu - tym razem z grupą fanów Formuły 1, która kibicowała Kubicy. No może poza Ale, która była za Ferrari...
Oczywiście zaczęliśmy od jedzenia:) Szczególnie że pogoda akurat nam się nie trafiła i musieliśmy się schronić przed padającym co chwila deszczem. Niestety przez to zdjęcia średnio wyszły:(
A potem już zwiedzanie. Na pierwszy ogień poszła gotycka marmurowa katedra, na której dach można wjechać, co jest niezłym bajerem. Oglądanie tych wszystkich ozdobników z bliska jest warte wspinania się po schodach - jeśli by winda akurat nie działała, co na szczęście nie miało teraz miejsca:)
Galeria Wiktora Emmanuela również robi niesamowite wrażenie.
Kolejny zabytek na trasie to zamek rodziny Sforzów, która rządziła Mediolanem od XV wieku.
Wybraliśmy się do Norwegii odwiedzić rodzinę Thomasa, z którym poznałam się podczas praktyk w Rosji. Thomas dzielnie nas oprowadzał po mieście pchając wózek i ciągnąc psa, który był główną atrakcją turystyczną i co chwila ktoś podchodził żeby zrobić mu zdjęcie...
Trafiło nam się kilka ciekawych wydarzeń, między innymi sekciarskie przedstawienie przed nową operą.
Nie zabrakło także kulturalnych atrakcji w postaci wystawy Muncha.
No i trochę sportu też było.
A na koniec również sobie cyknęliśmy zdjęcie z główną atrakcją - psem Edwardem.
Jakbyśmy się nie nachodzili wystarczająco w sobotę to tak na wszelki wypadek wybraliśmy się w niedzielę na spacer po klifach...
Widoki bardzo ładne, ale przypłacone niesamowitym bólem nóg. Odegramy się na Agnieszce jak do nas przyjedzie:)
Za to potem się nasiedzieliśmy - dodatkowe cztery godziny na lotnisku...
W weekend wybraliśmy się ponownie do Irlandii, tym razem tej niepodległej, odwiedzić Agnieszkę w Dublinie. Przy okazji spotkaliśmy się z kilkoma innymi znajomymi, między innymi z Olgą.
Agnieszka mieszka zaraz obok browaru Guinness, więc to właśnie tam zaczęliśmy zwiedzanie. Jak zresztą wszyscy turyści... Tutaj pozujemy wraz z parasolką, którą dostaliśmy do potrzymania od przechodzącej wesołej grupy świętującej 'coming out' jednego z uczestników...
Po kilku piwach było trzeba się przyjąć lekką przekąskę w postaci kilograma frytek...
A potem już tylko chodzenie po mieście, spotkania na kolejne piwa i poznawanie uroków Dublina.
Zwiedzanie zaczęliśmy od rzeczy mniej typowych, czyli od knajpy ze współczesnym duńskim designem.
Błąkając się dalej po mieście napotkaliśmy wiele ciekawych pojazdów bazujących na rowerze.
Niestety nie udało nam się wypożyczyć rowerów i wszystko musieliśmy zobaczyć na piechotę. Dla ukojenia bolących nóg usiedliśmy sobie w marokańskiej kawiarni popijając orzeźwiającą herbatę z mięty.
A na koniec pobytu poszliśmy w Malmo na duńskie piwo:)
W związku z osiągnięciem fantastycznych wyników w tym roku firma postawiła nam w nagrodę wycieczkę! I to nawet zaliczyliśmy dwa kraje - Danię i Szwecję:)
Wszyscy byli bardzo podekscytowani zbliżającym się wyjazdem
Trochę nas wręcz skręcało, tak się nie mogliśmy doczekać. A jak już dojechaliśmy to jak widać niektórym z lekka odbiło...
Już na lotnisku zorientowaliśmy się, że kraje te zapewnią nam pełno niespodzianek, po tym jak zobaczyliśmy kabinę dla palaczy. Trochę takie upokarzające to chyba musi być....
Dopiero co odkryto na Stratford bombę z drugiej wojny światowej i było trochę zamieszania podczas jej kontrolowanego wysadzania. A dzisiaj miałam farta, ponieważ udało mi się wylecieć z Lublinka chwilę przed tym jak ewakuowano lotnisko po znalezieniu bomby!
Zwiedzanie zamku Windsor nie jest tanie, ale chyba nawet warto zapłacić tę cenę, bo pokazują naprawdę sporo. Można zobaczyć samoloty lądujące na Heathrow, spory stół biesiadny przy którym ostatnio siedział prezydent Francji z nową ulubienicą mediów brytyjskich Carlą Bruni, no i oczywiście wyczyszczone na mega błysk buciki.
Wycieczka majowa była nad morze na południe Anglii do Hastings. Plaża, ruiny zamku, stare miasto, wioska rybacka, no i nowsza część miasteczka z kiczowatymi salonami gier i mini golfem. Trafiliśmy akurat na najazd celtyckich grup tanecznych z dzwoneczkami świętujących początek lata.
Koń prezesa linii Ryanair zajął drugie miejsce na ważnych wyścigach w tamtym miesiącu, dzięki czemu szczęśliwy właściciel zaczął sprzedawać bilety po 1p. Szybko z okazji skorzystaliśmy i kupiliśmy bilety do Belfastu w dwie strony dla dwóch osób za 4p ze wszystkimi opłatami i podatkami! To się nazywa promocja:)
A w Belfaście pozostałości po ciężkich czasach walk między katolikami i protestantami oraz oczywiście duży wybór pubów. Kolejna bardzo udana wycieczka:)
Krótki wypad z Londynu do Oksfordu, gdzie studiowało wiele mądrych głów.
Mają tam trochę zabytków, wszystkie chyba powstały w tym samym czasie. Znowu pogodę mieliśmy bardzo zmienną, więc po cyknięciu dwóch zdjęć chowaliśmy się szybko w pubie.
Odbyliśmy wycieczkę na lądowisko kosmitów, miejsce obrzędów druidów, obserwatorium astronomicznego czy w zgodzie z najnowszymi badaniami - starożytnego lazaretu, czyli do słynnego Stonehenge, gdzie nas nieźle wywiało, bo kamienie stoją na środku pola.
Przy okazji zwiedziliśmy Salisbury, malownicze miasteczko z katedrą i krużgankami. Tzn. byłoby malownicze gdyby nie mżawka...
Ale wycieczka i tak udana:)
Dzięki tanim liniom wybraliśmy się na wycieczkę weekendową do Porto w Portugalii, gdzie żadne z nas jeszcze nie było i gdzie było jakieś 10 stopni cieplej niż w Londynie - czyli 15 stopni cieplej niż w Polsce;)
W Porto jest ciągle pod górkę i z górki i znowu pod górkę, więc trochę jakbyśmy byli na wycieczce w górach...
Miasto jest znane ze swoich sześciu bardzo wysokich mostów. W tamtym roku odbywał się tutaj Red Bull Race, co musiało robić wrażenie...
Na plażę nad oceanem jest całkiem blisko i można fajnie tam wypocząć z kieliszkiem porto w dłoni.
No bo tak, Porto jest znane z porto:)
A Portugalia w ogóle jest znana z glazury na budynkach. Na wszystkich budynkach... Domy, kościoły, dworce, restauracje...
Mają też takie fajne oldschoolowe tramwaje:)
I stare miasto ma atmosferkę:) I bardzo dużo opuszczonych domów... Zdecydowanie polecamy Porto na krótki wypad!:)
Ale też całkiem potężnych budowli wyglądających trochę jak z Gotham City z czasów Batmana.
Jest też kilka nowocześniejszych budowli, a właściwie dzieł sztuki.
I jeszcze jedno dzieło sztuki, a zarazem symbol miasta, o wdzięcznej nazwie "SuperBaranoBanan".
Liverpool będzie Europejską Stolicą Kultury w 2008 i zarówno władze miasta jak i sami mieszkańcy wiążą z tym wydarzeniem ogromne nadzieje. Zostało im tylko kilka dni na przygotowania i jednego jestem pewna: nie zdążą... Centrum miasta to jeden wielki plac budowy! Można przejść kilka przecznic pomiędzy samymi niezamieszkanymi budynkami, które są w remoncie. Właściwie to nawet nie są odnawiane, tylko na dobrą sprawę nowobudowane w oparciu o stare fasady.
Niemniej jednak fakt, że wygrali ten konkurs, napawa mnie optymizmem. Oznacza bowiem, że Łódź powinna bez problemu zostać Europejską Stolicą Kultury w 2016!
I na koniec coś co bardzo przypomina Łódź - rewitalizowane budynki. Tylko że w ich przypadku to są doki. Czyli taka Manufaktura plus woda:)
Wycieczka była bardzo udana i pouczająca - wiemy już na pewno, że dobrze zrobiliśmy stawiając na Londyn:)
A, no i na pewno będzie więcej wycieczek po Anglii!
No dobra, trochę też zwiedzaliśmy... A więc była arena corridy, zamek, katedra, w której o dziwo w ogóle nie było chłodno oraz fasady budynków czekające na lepsze czasy. I znowu muszę powiedzieć, że zagęszczenie punktów do zwiedzania okazało się być idealne na weekendowy wypad.
Pojechaliśmy na wycieczkę nad morze do Southend, godzinę od Londynu. Doświadczenie to były zdecydowanie ciekawe. Tak, to co widzicie z tyłu to elektrownia czy coś. Tak, nagle morze zniknęło i zostało baaaardzo rozległe połacie mułu i błota. Niezwykle malownicza okolica... Ale wycieczka na pewno udana:)
Zaraz przed wyjazdem udało mi się coś jeszcze pozwiedzać w Leeds, które jest ciekawszym miastem niż sądziłam. Przed przyjazdem tutaj wyobrażałam je sobie jako takie robotnicze czy przemysłowe miasteczko, a okazało się miejscem z klimatem, które można bardzo polubić.
Przy śniadaniu zaskoczył nas alarm przeciwpożarowy i wszyscy musieliśmy opuścić hotel. Wszyscy, łącznie z całą wycieczką seniorów, którzy zaczęli sobie cykać pamiątkowe zdjęcia, co ja oczywiście czym prędzej wykorzystałam.
Tego dnia udało mi się też w kończu zwiedzić Town Hall w Leeds, w którym pracowałam już trzeci dzień, ale jakoś wcześniej nie udało mi się nic zobaczyć, poza moim pokoikiem, w którym wydawałam akredytacje dziennikarzom.
No więc ni z tego ni z owego pojechałam z pracy do Cannes! Tylko na dwa dni, ale to nie ma znaczenia - było super!:) W Cannes byłam już kilka razy, ale nigdy podczas festiwalu - to miasto jest nie do poznania wtedy, pełne paparazzi...