Znajomy z pracy na ślub nie dotarli, więc specjalnie dla nich były poślubne drinki w Barze Polskim. Było całkiem tradycyjnie: krupnik do picia i pierogi na przekąskę. Niektórym wyraźnie zaszkodziły te specjały i myśleli, że są na planie Star Treka...
Poszliśmy na private view nowej wystawy w Saatchi Gallery, którą media określają jako przełomową, bo ponoć Saatchi znowu zdołał odkryć kilka talentów. Hmmmm, być może, ale w sumie to tylko jakaś 1/3 wystawy mi się podobała - zwykle ta średnia jest nieco wyższa. Był też polski akcent, bo wśród artystów była Goshka Macuga. A mnie się najbardziej podobali ludzie w rogu.
W to lato nie da się uciec od piłki nożnej. Jest wszędzie, wszyscy się podniecają, niektórzy nawet nowy wystrój recepcji sobie przygotowali... Szkoci tam pracujący muszą być zachwyceni.
Ja wiem, że to tylko szkoła, ale nie jest ją łatwo połączyć z normalną pracą i wszystkim innym co się obecnie w moim życiu dzieje, więc strasznie jestem z siebie dumna, że dostałam distinction za moją pracę. Tak więc ta nauka od świtu do późna w nocy nie poszła na marne:)
Z gośćmi z Barcelony, Marcinem i Ale, spotkaliśmy się na pikniku w parku. A potem były zajęcia w podgrupach: dziewczyny na zakupy, chłopcy na mecz Anglia vs. US, a ja i Marcin do baru:)
No dobrze, nie wygraliśmy tym razem, ale i tak jestem na maksa dumna, że po raz pierwszy mój projekt był nominowany w międzynarodowym konkursie PR-owskim. A dokładniej nominacja w jednej z kategorii , a w innej dostaliśmy Certificate of Excellence. Tak więc może nie wróciliśmy ze statuetką, ale konkurencja była duża, chyba 3,000 zgłoszeń z całego świata czy jakoś tak - nie słyszałam dokładnie, bo Libby po kilku kieliszkach wina ciągle powtarzała, jaka jest ze mnie dumna...;)
Tak było dokładnie 12 miesięcy temu (powyżej), a w tym roku, tak zupełnie znikąd (poniżej), Dorota zostawiła kangury w spokoju i przyleciała, i na dodatek zostaje na dłużej!! Hura! I bardzo jestem z niej dumna i w ogóle strasznie się cieszę, że tu jest:) No i nie mogę się doczekać wizyty na planie...
Sobotni wieczór w moim ulubionym Ritzy na Brixton: i film dobry, i sesja Q&A z reżyserem i dużą częścią obsady była super - wszyscy byli bardzo zabawni i w ogóle. Choć czasem w trakcie filmu to aż wstyd było się śmiać...
Poszłam do lokalnego Tesco, a tu taka niespodzianka: Prince Polo rzucili!!! Od dawna mieli bardzo dużo polskich produktów, ale z jakiegoś powodu ciągle nikomu do głowy nie przychodziło, żeby sprowadzić Prince Polo. W końcu kogoś olśniło. I zrobiłam dzisiaj idealne zakupy:)
No to teraz już na pewno zostajemy... Sorry Babcia...
Gotan Project w Brixton Academy - najfajniejsze jest to, że to właściwie zaraz po domem. I koncert też niezły. W życiu nie widziałam żadnego z ich teledysków, tylko ich słuchałam, więc fajnie było ich po raz pierwszy zobaczyć. Za to Pawłowi najbardziej się podobało, że jeden z nich wywalił się na końcu przy brawach...
Kolejny powód dlaczego tak bardzo lubię Londyn: człowiek idzie sobie na otwarcie wystawy w galerii fotografii, a tu nagle zostaje wciągnięty do fabryki malowania paznokci, żeby pomóc szkole kosmetycznej pobić rekord Guinnessa. I w ten sposób załapałam darmowy manicure. Lubię pomagać innym:)
Dzień jak co dzień. Libby też wychodzi za mąż w tym roku i właśnie przyszła do niej olbrzymia paczka z butami i oczywiście było trzeba któreś wybrać. Natychmiast. Wszyscy zostaliśmy zaangażowani w ten proces i spośród kilku różowych par wybraliśmy...różowe:) Przyszła też sukienka dla bridesmaid - oczywiście też różowa:)
Kolejna promocja, kolejny musical. Teatr był imponujący, ale już samo przedstawienie nieco mniej. Chyba za bardzo wyczyszczony; w znaczeniu, że piosenki były za czyste, zrobione na hity, a nie takie do końca musicalowe. Nie to, żebym się na tym znała, bo absolutnie nie; znam się tylko na promocjach...
W końcu taki wiosenny weekend:) W sumie to nie jest pierwszy wiosenny weekend w tym roku, ale w pewnym sensie dla mnie pierwszy, bo w poprzednie ciężko studiowałam i pisałam eseje. Ale w końcu oddałam je w piątek, co oznacza, że mogłam się cieszyć słoneczkiem tak jak te osoby na zdjęciu.
A oto przykład, że moje poszukiwanie promocji i super ofert może czasem pójść źle... No dobra, może nie zaraz źle, ale niekoniecznie w odpowiednim kierunku...
Od miesięcy natykałam się na plakaty musicalu Chitty Chitty Bang Bang, więc jak się trafiła promocja to kupiłam bilety. No bo przedstawienie na podstawie filmu wyprodukowanego przez ludzi od Bonda, a i napisanego przez Iana Fleminga. Alarm nam się włączył zaraz przed teatrem jak zobaczyliśmy, że wszyscy wokół nas mają po 8 lat... Tak, przedstawienie było dla młodszej publiczności. Ale zapłaciliśmy to zostaliśmy zobaczyć co oferują.
A oferowali dużo jak się okazało. Był latający samochód, który wzbudził poruszenie podczas przerwy gdy w toalecie słyszałam takie oto rozmowy: O jaaaaa, widziałaś, latał! Widziałaś sznurki? Nie. To jak to zrobili? To chyba magia. O jaaa!
Co zapewnia sukces przedstawienia dla dzieci? Żywe zwierzęta. Reakcja na psa była niesamowita. A jak pojawiła się cała gromadka psów to sala wrzała.
Podczas przerwy nie było też kolejki po cydr w barze, za to była przeogromna kolejka po lody.
Za to na mnie największe wrażenie zrobił pan, który całe przedstawienie, łącznie z piosenkami, tłumaczył na język migowy...
Warto było. No i teraz znamy już wszystkie kultowe piosenki z tego filmu.
Już wkrótce, już od jutra, ulubione danie Pawła: frytki z majonezem. I to w miejscu, z którego to wykwintne danie pochodzi, czyli w Brukseli. Ja chyba skupię się na innym i dużo mniej kontrowersyjnym belgijskim smakołyku, czekoladzie... No i na piwie oczywiście:)
Znowu jakaś tam promocja i z Gośką wylądowałyśmy na degustacji win w Vinopolis. Zaraz tam degustacja, po prostu na winie byłyśmy, tyle że się jego smak zmieniał co pół kieliszka.
No dobrze, parada paradą, ale Św. Patryka jest dopiero dzisiaj. Jutro chyba nie będziemy dzwonić do żadnych irlandzkich dziennikarzy... Już dzisiaj od południa to nikogo nie było w żadnej redakcji....
Jakoś pierwszy raz się dopiero złożyło, że mogliśmy pójść na paradę z okazji dnia Św. Patryka. Było zielono... Niektórzy bardzo się wczuli, a niektórzy zachowali godność...
Niektórzy za to poszli na całego (zielonego).
A niektórzy poszli w ogóle w bardzo dziwnym kierunku...
Mamy datę! Wydaje się, że to za 1000 lat, ale na pewno bardzo szybko minie... Najważniejsze, że w końcu, po ponad półtora roku od zaręczyn, ustaliśmy datę. Hura!
Każdy spędza Walentynki jak chce. My poszliśmy do klubu bingo. Tak, byliśmy prawie najmłodsi. Ale zdecydowanie polecamy (jednorazowo). I dostaliśmy fajne mazaki do zakreślania liczb. Niestety nie mieliśmy okazji krzyknąć 'bingo':(
Trochę sztuki w poniedziałkowy wieczór. Całkiem łatwo było mi namówić Pawła na to wyjście. Ciekawe czy to może dlatego, że Keira Knightley występowała...?;)
Okazała się całkiem niezła. Sztuka. I Keira.
Kilka piw na urodzinach czterech Australijczyków, w tym Tash. Na chwilę przed Dniem Australii. Dość kontrowersyjnie sprzedaliśmy antyaustralijski dowcip - spodobał się. Więc chyba można go rozpowszechniać?
Dlaczego w Wielkiej Brytanii jest tylu Australijczyków? Bo przestępcy zawsze wracają na miejsce zbrodni.
;)
W ramach szukania inspiracji podróżniczych po Wielkiej Brytanii poszliśmy na wystawę zdjęć 'Take a View. Landscape Photographer of the Year'. Niesamowite zdjęcia, niesamowite miejsca. Być może dość kontrowersyjnie nas zainspirowało zdjęcie Szkocji, więc tam się wybierzemy w maju:)
Oczywiście wszelkie prawa zastrzeżone. Photo by John Parminter.
Peggy wyłapała jakąś promocję na kolację + teatr i poszłyśmy na Stomp. Grupa grająca na wszystkim – od zapalniczek Zippo aż po kosze na śmieci, więc zasnąć podczas występu jest ciężko, nawet w czwartek wieczór po ciężkim dniu...
Sądziłam, że czasy wykładów i prac do napisania są już dawno za mną. A jednak nie... Dzisiaj miałam pierwsze zajęcia w ramach studiów Diploma in Public Relations. Cóż, można w sumie powiedzieć, że sama sobie zgotowałam ten los, ale z drugiej strony chyba nie do końca byłam świadoma ile będą ode mnie wymagać...
Tak czy siak bardzo się cieszę, że mam szansę na zdobycie w końcu jakiegoś brytyjskiego i w sumie najważniejszego PRowskiego papierka. Choć za kilka miesięcy będę nieźle kwiczeć...
Zawsze twierdziłam, że nasza dzielnica, a szczególnie sąsiedni Brockwell Park, są bardzo dzieci friendly. Państwo Serafińscy to potwierdzili. Oczywiście najbardziej nas ucieszyło, że bar obok parku też był dzieci friendly...
W Barbican Gallery można obejrzeć instalację Roberta Kuśmirowskiego, który stworzył bunkier z czasów drugiej wojny światowej. Uznaliśmy, że naszym patriotycznym obowiązkiem jest go zobaczyć.
Zimą wiadomo, że najlepszy jest grzaniec. Ale w tym sezonie skupiam się na grzanym cydrze, a nie winie. A po takowy najlepiej iść na Borough Market, gdzie przy okazji można zjeść pyszne rzeczy.
W tym roku noworocznymi gośćmi są Andrzej i Agata. Póki co wyglądają na zadowolonych:) To pewnie dlatego, że wzieliśmy ich do hinduskiej knajpy, do której się przychodzi z własnym alkoholem...
Już zaraz udajemy się na tydzień do polskiego centrum żywności:) Ponoć mama dzika zrobiła...
Będę zajęta jedzeniem, więc na blogu nic sie dziać nie będzie aż do 30 grudnia.
Spokojnych Świąt!
Loty odwołane, opóźnienia metra, zamknięte szkoły i ludzie w kaloszach. Prawdziwa panika, bo spadł śnieg i w TV mówili, że prawdziwa śnieżyca. A tak ten dzień wyglądał naprawdę z naszego okna...
Strajk jest nielegalny! Sędzina Cox uznała, że wystąpiły nieprawidłowości przy głosowaniu, więc strajk jest nielegalny:) Hura! Tak więc przylatujemy, a potem nawet będziemy mogli wrócić:) Normalnie chyba wyślę sędzinie kartkę świateczną. Razem z milionem pozostałych pasażerów.
Teraz tylko mamy nadzieję, że bagażowi jednak nie będą strajkować, bo może się okazać, że przylecimy bez prezentów...
P.S. BA dało nam 10,000 mil w podziękowaniu za wytrwałość i stres związany z tym tygodniem niepewności. A za 10,000 mil to można sobie w dwie strony polecieć gdzieś w Europie:)
No i stało się. Załoga BA głosowała i 90 prrocent stwierdziło, że chcą strajkować. W okresie świątecznym. Dwanaście dni. Aaaaaaaaaaaaaaaa!
Jak można, na święta, na dwanaście dni, wszystkie loty, milion pasażerów... Strajk ma być od wtorku, a my lecimy w poniedziałek, ale będziemy musieli zostać w Polsce tydzień dłużej niż planowaliśmy. I goście, którzy do nas przylatują zastaną puste mieszkanie.
Ale i tak, my mamy farta, że w ogóle polecimy, ale niektórzy muszą zmienić swoje plany weselne, odwołać podróże życia czy operacje, tudzież nie zobaczą się z rodziną po drugiej stronie świata.
Jak lecieliśmy do Istambułu to byłam zachwycona załogą BA, która była przemiła w moje urodziny, donosili mi szampana przez cały lot z okazji moich urodzin i w ogóle byli super. Teraz moje zdanie o nich nieco się zmieniło...
W końcu, po ponad dwóch latach, udało nam się dogadać datę z państwem Szubert i wpadli do nas na kolację. I przede wszystkim na fondue czekoladowe. Mmmmm..... Biała i mleczna czekolada, owoce.... Było super:)
I na koniec tego maratonu jeszcze świąteczny lunch, ktory przeistoczył się w całodniowe jedzenie (i popijanie). Znowu wygrałam w kategorii 'najlepszy wybór deseru'.
Skutki uboczne: turlanie się.
Pozytywy: podczas tych imprez świątecznych można się takich/tyle rzeczy dowiedzieć o swoich kolegach z pracy, że 5 lat normalnej pracy przy biurku obok by mi tego o nich nie powiedziało....
Dzisiaj było na elegancko i modnie w Gaucho. Ciekawy wystrój, pyszne jedzenie i niesamowity deser. Nice, very nice:) I nawet jakaś tam celebrity siedziała przy stoliku obok. Uuuu...
W mediach afera, bo ponoć naukowcy z brytyjskiego uniwersytetu manipulowali danymi na temat zmian klimatu. Tymczasem ulicami Londynu przechodzi kolejna wielka demonstracja przeciwko zmianom klimatu wywołanymi przez człowieka.
I kolejne dziwne wydarzenie w Londynie: coroczny wyścig z puddingiem świątecznym... Już od 26 lat drużyny biegają z puddingiem pokonując różne przeszkody i zbierając pieniądze na Cancer Research UK.
Ale pudding to nie wszystko, muszą się też ładnie przebrać.
W olbrzymiej sali turbinowej Tate Modern można obecnie wejść do czarnej dziury, instalacji 'How it is' by Miroslaw Balka. Na pewno jest tam ciemno. Chyba że akurat jakiś idiota robi zdjęcie z flaszem pomimo zakazu.
Wiem, trochę wcześnie, ale ja po prostu nie zniosę potem tych dzików tłumów, to nie dla mnie... Teraz też łatwo nie było, bo przecież weekendowy tłum musi być, ale zawsze trochę mniej. I kilka prezentów już jest:)
Wymieniono nam klucze do budynku, ale niestety nie wszyscy o tym pamietali, w związku z czym drzwi wejściowe zostały oblepione wieloma kartkami wychwalającymi współmieszkańców. Jestem pod wrażeniem tej obywatelskiej postawy sąsiadów....
Wichura roku, do tego deszcz tak głośny, że się spać nie dało. Aż dziwne, że jeszcze mamy prąd i nie musimy przy świeczkach siedzieć... Ale na pewno z domu się nie ruszamy. Tylko czy znajdę cokolwiek w zamrażalniku?
Strasznie się rozłożyłam po wizycie w super ciepłej Hiszpanii i nagłym powrocie do chłodnego Londynu, więc w ten weekend niestety tylko herbata i telewizor - i nadrabianie poważnych zaległości na blogu oczywiście...
W Tate Modern jest super wystawa. Mimo że sporo już pop artu widziałam to i tak było bardzo dużo nowych i ciekawych rzeczy. Było też kilka takich szokujących eksponatów.... Tylko dla dorosłych...
A, i jest polski akcent - kontrowersyjni Naziści Uklańskiego, co to je kiedyś Olbrychski szpadą potraktował....
Natomiast na zdjęciu poniżej oczywiście Keith Haring.
Weekend bez żadnych planów! Tak w ogóle, żadnych spotkań, nic kompletnie:) Tak więc pół dnia spędziliśmy w centrum handlowym, ale to nudne zdjęcie by było, więc umieszczam takie z fajniejszego sklepu - Cyber Dog na Camden... Tylko dla odważnych (i posiadających zatyczki do uszu).
Jak się okazuje knajpa w POSK-u jest zamknięta w poniedziałki, więc następne miejsce spotkania (nieoficjalnej) łódzkiej grupy odbyło się w Barze Polskim. Wady: mały wybór jedzenia. Zalety: nie trzeba jechać setki kilometrów District Line na Hammersmith...
Na koniec Thames Festival Francuzi przygotowali ogród ognia przed Tate Modern.
Było dużo ognia i mruczenia francuskich piosenek, tylko że ja myślałam, że te wszystkie ogniowe rzeczy będą się ruszać, kręcić i w ogóle trochę to sobie nieźle wymyśliłam, a było dosyć statycznie...
Ciasta już więcej nie będzie - mama Pawła złamała rękę pod Big Benem i spędzi kilka nocy w szpitalu... Choć ja twierdzę, że po prostu nie podobał jej się widok z naszego okna i sprytnie wymieniła go na widok na parlament i Tamizę z 11 piętra szpitala St. Thomas.
Gosia i Kuba są już po. Po weselu. Ale przed bobasem (i wielkim stekiem). Za to Marcin już po bobasie. A my jesteśmy przed urlopem. Już od jutra!!! Powrócimy za tydzień.
Peggy i Felipe są kolejnymi ofiarami, którym zaserwowaliśmy polskie jedzenie w POSK-u (placki ziemniaczane, golonka, pierogi z kapustą, pierogi z mięsem, bigos, napoleonka, sernik i szarlotka). Wiem, że ich miny na tym zdjęciu nie wyglądają ciekawie, ale to tylko szok. Tak naprawdę bardzo im smakowało. A i my odkryliśmy nowe ulubione potrawy w tym przybytku.
Dawno się tak nie obżarliśmy... Poszliśmy na grilla ze znajomymi z mojej drugiej pracy i każdy przyniósł coś. Coś na kilka osób. Każdy.
Nawet nie dotrwaliśmy do deserów, bo obżarliśmy się mięsem. Pysznym mięsem. Polskie kiełbaski oczywiście się sprawdziły jak widać na zdjęciu.
Natasha (po prawej) postanowiła nas zostawić i odchodzi do jednego z moich byłych klientów. Zanim to nastąpi zaserwowaliśmy jej pożegnalny wieczorek, z którego ja wyszłam o godnej godzinie, a kilka osób (łącznie z szefem) ominęło ten moment i się zmasakrowało. Nawet nie pamiętają czy jak wychodzili to jeszcze padało. A padało jak w tropikach.... Ja zgubiłam klapki kilka razy w rzece, która płynęła ulicą...
Pojechaliśmy na Stratford zobaczyć jak się posuwają prace przy budowie stadionu olimpijskiego (za moją głową na zdjęciu). No i oczywiście spotkać się z Marcinem podczas krótkiej wizyty w Londynie!
Stadion jest już gotowy z zewnątrz, mimo że do 2012 jeszcze trochę czasu...
Kurs kursem, ale wybraliśmy się na milongę, żeby zobaczyć jak to się powinno tak naprawdę robić. Wróciliśmy trochę przybici, morale w drużynie drastycznie spadło... Przed nami jeszcze bardzo, ale to bardzo długa i wyboista droga...
PS Filmik pokazuje naszą nauczycielkę Jenney - to tak żebyście zrozumieli, że to naprawdę nie jest proste!
Magda Ż. też się doczekała 30tych urodzin i zaprosiła nas na grilla. Paweł okazał się najbardziej przydatny ze wszystkich gości, bo zarządzał jedzeniem. Dzięki czemu dostałam najlepsze kawałki:)
Ano, żyje się... Kozy, owce, krowy, kaczki i koguty... Takie atrakcje nam tutaj serwują w parku obok. Oprócz tego pełno jedzenia ze wszystkich stron świata (choć głównie z Karaibów), kilka scen i lokalny cydr. Dla każdego coś dobrego:)
Urodziny Pawła świętowaliśmy w Thorpe Park na górskich kolejkach. Takich bardzo wysokich, szybkich i przerażających górskich kolejkach. Typu 150km/h w dwie sekundy. Dwie sekundy!!!!Nadal ledwo oddycham i na żołądku mi coś siedzi...
PS Spokojnie, nie zasypujcie go na razie życzeniami;) Urodziny są tak naprawdę 28-ego, ale akurat świeciło słońce, więc było trzeba wykorzystać tę rzadką okazję.
PS 2 Zdaję sobie sprawę, że napisałam, że świeciło słońce, a umieściłam zdjęcie z zachmurzeniem, ale to ponieważ na szczęście na chwilkę się przyciemniło, dzięki czemu lepiej udało mi się oddać dramatyzm sytuacji.
Bastylii, a właściwie to rewolucji francuskiej. Był piknik, DJ-e, gra w bule oraz (nielubiany przeze mnie) Ricard. I przy tym wszystkim tylko się zastanawialiśmy, dlaczego polska impreza w Londynie nie może być taka....
Nie mój, tylko Gosi:) Godność została nieco zatracona jak założyłyśmy afro i okulary, ale potem zobaczyłyśmy inne grupki na mieście na wieczorach panieńskich i wręcz się smutno zrobiło, że się nie ubrałyśmy...
Następnie założyłyśmy wrotki i ruszyłyśmy na parkiet:)
Z jakiegoś powodu co roku ciągnie mnie na tę paradę :) Choć potem odwracam się w drugą stronę spragniona kolejnych widoczków, a tu takie rozczarowanie...
Na placu Trafalgar zawsze coś się dzieje - dzisiaj jest to Ratha Yatra, coroczny festiwal rydwanów Hare Kryszna. Kolejka po porcję tikka masala (darmową!) była gigantyczna, ale jeśli się dobrze ręce wyciągnęło to można było jakieś owoce czy ciastka dostać.
Londyńczycy postanowili uczcić pamięć MJ napisami na ścianie National Portrait Gallery. Chyba nie najmądrzejszy to był pomysł, ale cóż... Już rano teren został zabezpieczony i policjanci bronili dostępu do ściany przed napaleńcami z mazakami.
W grudniu Ola wpadła na krótką chwilę i widziałyśmy się tylko przez godzinę, ale w końcu przyjechała do mnie na przedłużony weekend - nadrabianie zaczęłyśmy od wina żeby się tak płynniej plotkowało:)
Przyszedł czas zapoznać Sarę z polską kuchnią, więc wzięłam ją do POSK-u. Objadłyśmy się pierogami i napoleonką, a najbardziej smakowało jej piwo z sokiem:)
Dorota spotkała się ze mną na szybki lunch w drodze z Polski do Australii. Mogłaby się w końcu przeprowadzić do Europy! Bo nam tu smutno bez niej... :(
Przyjrzano się moim osiągnięciom bardzo, ale to bardzo dokładnie, i stwierdzono, że należy mi się awans - w końcu! Niestety kryzys jeszcze w sumie trwa, więc podwyżki niet, no ale zawsze krok do przodu.
Depcia została przysłana przez firmę do Londynu tylko na 24 godziny, więc nasze spotkanie miało być zwięzłe i przepełnione plotkami. Niestety większość czasu razem spędziliśmy blokując karty kredytowe i zeznając na policji, po tym jak torebka Magdy zniknęła z krzesła, na którym siedziała. Spać poszłyśmy o 3 rano...
Kolejne nasze wspólne przeżycie, które wnukom będziemy opowiadać...
Na zdjęciu: oficjalny raport z policji.
W stylu amerykańskim, a właściwie południowo afrykańskim, uczestniczyliśmy dzisiaj w niespodziankowym baby shower dla Moniki. A potem barbecue i cydr(y) w ogródku w piękny letni dzień:)
Zaliczyliśmy kolejny musical:) Kolorowy, roztańczony (dzięki chłopcom w obcisłych strojach i boa...........) i całkiem śmieszny, nawet jeśli momentami przydługi.
Magda i Nam zaprosili nas do swojego nowego mieszkania na wypróbowanie sprzętu do karaoke. Nasze podejście było nieco nieśmiałe, ale czego się nie robi po kilku kieliszkach... Był też konkurs kobiety ('Hit me Baby One More Time' by Britney Spears) vs. mężczyźni ('Bailamos' by Enrique Iglesias).
Sprawa wydała nam się podejrzana jak zobaczyliśmy trzy klasyczne Mini jadące ulicą. A potem było ich dużo więcej. Okazało się, że właśnie odbywa się coroczny wyścig Londyn-Brighton. W podróż ruszają dopiero jutro, a póki co setki właścicieli Mini zebrały się w parku i podziwiają swoje nawoskowane autka.
Niestety Marcin stwierdził, że brakuje mu słońca i opuszcza nas na rzecz plaży w Barcelonie. W sumie trudno mu się dziwić.... Przed wyjazdem zażyczył sobie ostatniej polskiej kolacji w POSK-u.
Dołączyłam do szacownego grona ghost writer'ów dla wielkich tego świata:) Na dodatek artykuł napisany przeze mnie dla jednego z klientów nie ukazał się w jakiejś podrzędnej gazetce, ale w słynnym The Daily Telegraph, no i oczywiście online TUTAJ. Bardzo jestem z siebie dumna:)
Przyszła:) Już w sumie tydzień temu, ale nie chciałam zapeszać:) Choć pewnie za miesiąc spadnie grad czy coś, no i lato na pewno będzie deszczowe.... Ale póki co się cieszę:)
Ponoć na końcu każdego tunelu widać w końcu światełko:) Nie, kryzys się nie skończył, ale dostałam ofertę dorobienia sobie w innej agencji PRowskiej, więc może będzie mnie nadal stać na waciki;)
A już miałam takie plany na te wolne dni...
Ostatnio tak jest jakoś na blogu bardziej o nas niż o Londynie... A dzisiaj to już w ogóle, bo to nasza trzecia rocznica:)
No dobrze, obiecuję, że od jutra będzie znowu o Londynie!
Zmiany już weszły w życie i mój pierwszy krótszy tydzień pracy został uczczony recesyjną wódką z Marcinem, który już od trzech miesięcy ma skrócony tydzień pracy. Skrócony do zera...
Obiad, drinki, przekąski, nieróbstwo - bardzo udany dzień:)
Tym razem urodziny Alisy były na Hoxton Square. Udało nam się przejść door selection i po odstaniu w kolejce pod drzwiami mogliśmy ustawić się do następnej przy barze. A potem już kolorowy parkiet:)
Praca zawiodła mnie do centrum dowodzenia Wielką Brytanią, czyli do Westminster. Nie sądziłam, że będzie można tam gdziekolwiek robić zdjęcia, więc na wszelki wypadek nie wzięłam aparatu, żeby nie powodować zamieszania przy prześwietlaniu torebki. Jednak okazało się, że w najciekawszym miejscu w tym budynku można robić zdjęcia, więc szybko uruchomiłam mój telefon. Stąd ta jakość... Tak więc musicie mi uwierzyć na słowo, że Westminster Hall jest niesamowity. Rzeźbiony drewniany sufit robi wrażenie.
Kilka miesięcy temu Alex przeprowadziła się do domku na wsi w Cambridgeshire - codziennie dojazd do pracy zajmował jej blisko dwie godziny... Całą zimę tam przemieszkała wpatrując się w ogromny kominek (nieczynny) zajmujący połowę pokoju. W końcu ją odwiedziłyśmy w tym uroczym miejscu. Szkoda tylko, że jak wiosna się zbliża to ona się wyprowadza...
Pożegnanie Alex odbyło się w lokalnych barach na Clapham i tylko najtwardsi przetrwali do tego zdjęcia. W związku z redukcjami u mnie w firmie, Alex wraca do Irlandii i zamierza tam jeździć konno:)
W kryzysie trzeba się promować, więc jak znajomy dziennikarz spytał, czy może przeprowadzić ze mną wywiad do artykułu o międzynarodowym talencie, szybko powiedziałam 'tak'. I bardzo dobrze, bo teraz przynajmniej wiem, jak bardzo media przekręcają to co mówimy:) Efekty można przeczytać TUTAJ. W sumie z tego całego paragrafu to może jedno zdanie prawdy można tam znaleźć, ale co tam, grunt to niezły PR:)
Ale Paweł to się nawet oburzył, bo 'to nie jest zgodne z prawdą'... Bo nie European, ale Worldwide telecom, i wcale nie international sales team, ale wholesale business. I na dodatek z tekstu wynika, że przyjechał też z Łodzi. I to był gwóźdź do trumny. I narzekanie na to ostatnie będzie powodem, dla którego większość z moich znajomych nie będzie z nim rozmawiać....;)
Trochę nam zeszło, ale już o 3 byliśmy po śniadaniu... Bardzo dobrym śniadaniu, gdzie dają pyszny chleb, a nie zwykłe tosty, i które napełniło nas do wieczora.
Udało mi się zebrać pół Łodzi na kolację na Brick Lane (tak, tak, dzisiaj była kuchnia hinduska). Wszyscy prosto z pracy, więc lekko wykończeni, ale nie przeszkodziło nam to zrobić kilka przyniesionych butelek. Restauracje działające na zasadzie 'bring your own (alcohol)' to bardzo dobra koncepcja:)
A potem jeszcze chwila tańca na stole w klubie obok.
Gosia z Piotrkiem przygotowali listę kuchni świata, których chcieliby skosztować przed powrotem do Fabriano i kuchni włoskiej. Dzisiaj było tapas, więc mogliśmy szybko porównać sewilski oryginał z londyńską wersją. I też było pyszne! A potem kilka piw i cydrów w barach na Clapham:)
Wszyscy ciągle pytają, czy ten kryzys to naprawdę jest, czy go nie ma. Od kilku miesięcy powtarzam, że jest i to na maksa szaleje, no i w końcu mam dla was dowód taki bardziej namacalny. W poprzedni piątek zaczął się u nas w firmie okres konsultacji, w wyniku którego jedna osoba została zwolniona (w naszym przypadku to 10% pracowników), a wszyscy przechodzą na skrócony tydzień pracy. Ja będę pracować tylko trzy dni w tygodniu od 1 marca, co oznacza obcięcie pensji o 40%. Zarząd pracuje w taki sposób już od kilku miesięcy, ale teraz cięcia idą jeszcze dalej i pani prezes przechodzi na jednodniowy tydzień pracy....
No więc tak, kryzys jest. A nowych ofert pracy nie ma. Wyjścia brak.
Mam swoją własną domenę!:) Paweł coś tam marudził, że 800 obrazków trzeba przenieść, itp., ale teraz blog już ruszył na www.magdainlondon.com, a poprzednia domena poszła w zapomnienie i jest super. Więc dziękuję:)
Śnieg zimą to nic zaskakującego, prawda? No nie do końca.... Padało całą noc, więc dzisiaj tylko dwie linie metra jeżdżą normalnie, żaden (!!!!) autobus nie wyjechał z zajezdni, pociągi nie jeżdżą, lotniska i szkoły zamknięte, a chodniki są całkowicie zasypane. I nawet nie jest tak zimno! Naprawdę! Ale po prostu ilość śniegu przerosła wszystkich, bo ostatnio tak padało 18 lat temu, więc odśnieżarek nikt całe lata nie widział i wszystkie zardzewiały.
Co najważniejsze, siedzę w domu i czekam na poprawę pogody:) Do biura dotarła jedna osoba, która mieszka rzut beretem od pracy. Paweł też jest jedyny u siebie, a że drzwi wejściowe były u niego zamarznięte to musiał wejść przeciwpożarowymi....
Jest śmiesznie:) I w końcu o kryzysie w TV nie mówią....
Na parapetówie i imprezie urodzinowej Marcina wszyscy byli z Łodzi - biedny Paweł... Na dodatek większość osób była z Manhattanu, więc znowu byłam obrażana, że ja to ponoć wcale nie mieszkam na Manhattanie i że mój blok został zbudowany z resztek, które zostały po wybudowaniu głównej części osiedla. Ech...
... przy butelce wina u państwa Serafińskich. Dosyć nietypowo otwieranej butelce wina... Ale to tylko dlatego, że właśnie się przeprowadzili i nigdzie nie mogliśmy znaleźć korkociągu, a Marcin nie był przekonany do otwierania wina metodą studencką, czyli długopisem:)
Dostaliśmy się na nagranie popularnego programu Sunday Night Project, co zapewniło nam olbrzymią dawkę humoru w czwartkowy, deszczowy wieczór. Na dodatek Pawłowi udało się wyrwać 35 funtów z 'płaszcza pieniędzy' - taka zabawa, gdy jakaś znana osoba wbiega w płaszczu ozdobionym pięciofuntowymi banknotami w widownię....
Był też występ zespołu Snow Patrol, od którego Leona Lewis pożyczyła piosenkę 'Run'.
Bardzo udany wieczór komediowy:)
W Tate Britain można podziwiać prace nagrodzone i nominowane do Turner Prize. Niestety, żadna z nich nie nadaje się do zamieszczenia na moim blogu. Bo ja ich po prostu nie rozumiem, ani mi się nie podobają...
Za to ze stałej kolekcji mysz z karabinem przynajmniej jest interesująca:)
W tamtym roku nie udało nam się, ale w tym roku daliśmy radę dotrzeć na noworoczną paradę, na której prezentują się wszystkie dzielnice Londynu oraz goście z Ameryki z orkiestrami.
Ostatnimi gośćmi w tym roku i pierwszymi w przyszłym są Iwona i Michał. Oczywiście nie mogli powiedzieć 'nie' specjałom z Erytrei i tym samym nieźle się znowu najedliśmy... Wiem, ich miny mogą sugerować, że niedobre, ale to nieprawda! Oni po prostu byli w szoku ile muszą zjeść, więc proszę nie wyciągać pochopnych wniosków:)
No i już jestem z powrotem w moim mieszkanku, ale musiałam najpierw przeżyć traumatyczną odprawę na Etiudzie. I co z tego, że terminal 1 i 2 niemal puste stoją. Nie, lepiej będzie jak wyślemy cztery samoloty w tym samym czasie z Etiudy, przecież ludziom nie przeszkadza, że będą stali pół godziny na zewnątrz na mrozie, a potem jeszcze wężykiem w ciasnocie przez kolejną godzinę. Brawo dla zarządzających portem lotniczym Chopin.
Po 16 latach wiernej służby, wpychania się do łóżka, wyrywania nam jedzenia przy użyciu zmyślnych sztuczek, ale przede wszystkim sprawiania nam wiele radości, Sana została 'wysłana do aniołków'. Bardzo nam smutno:(
W takim składzie nie widziałyśmy się chyba od studiów.... Wszystkie się porozjeżdżały na maksa.
Ja - wiadomo, UK
Marta - Holandia
Gosia - Włochy
Agnieszka - Irlandia
Dorota - Australia
Gosia - Łódź, ale Warszawa:)
Z siostrą nie widziałam się ponad rok, przez który to spryciula całkiem wydoroślała:) Rok w Chile dobrze jej zrobił, ale dobrze, że teraz będzie trochę bliżej w Hiszpanii, bo będę mogła ją odwiedzać - i się opalać:)
Tydzień w Polsce rozpoczęłam od dwugodzinnej przejażdżki przez zatłoczoną Warszawę z lotniska na Pragę oraz drinków z rumem z Agatą i Andrzejem. Dla Pawła oczywiście Coca Cola:)
Masowa wyprzedaż, puste półki, kilometrowe kolejki do kasy, 807 sklepów w całym kraju do likwidacji, prawie 30 tysięcy ludzi bez pracy, koniec blisko stuletniej firmy - kolejny dzień kryzysu...
Kryzys na maksa, codziennie nowe informacje o kolejnych masowych zwolnieniach, a ponoć większość firm wstrzymuje się i ogłosi cięcia dopiero po świętach...
Masha przyjechała na weekend z Portsmouth i w końcu zwiedziłam większość barów w mojej nowej dzielnicy - okazało się, że kilka z nich jest całkiem niezłych, więc teraz już wiem gdzie chodzić:)
Firmowe Xmas party zaczęliśmy z klasą: w knajpie z obrusami, półkami wykwintnego wina, oryginalnymi serami, przystawkami z krokodyla i suszonego powietrzem tuńczyka.
A skończyliśmy jak zwykle.... :)
Ogrzewanie w biurze jest wyłączone przez weekend i z jakiegoś powodu nie zaskoczyło w poniedziałek rano i nie zaczęło grzać. Efekty widoczne na zdjęciu... Napisanie komentarza na 150 słów zabrało mi blisko godzinę, bo jak się okazuje mój mózg nie pracuje gdy jest zamrożony.
Dla tych co tam byli: oczywiście tutaj nie jest tak zimno, żeby woda w czajniku zamarzła, co się nam kiedyś przydarzyło w PRoto, gdy sprzątaczka zapomniała zamknąć okno w piątek i nieźle nas wyziębiło w poniedziałek....
Roisin Murphy grała za rogiem, więc się przeszliśmy na ten bardzo ciekawy (oryginalny) koncert. Ale jak wystąpiła z jelonkiem na plecach to Paweł stwierdził, że ona chyba jednak ma problem...;)
Co dziwne, wśród publiczności bardzo dużo Polaków. Na kolejny polski festiwal w Londynie powinni zaprosić Roisin i na pewno fajni ludzie by się na nim pojawili.
W ramach rozrywek popracowych poszliśmy na lodowisko pod Muzeum Historii Naturalnej. Ostatnio jeździłam na łyżwach w wieku jakiś 10 lat, ale jak się okazało nadal rządzę - co widać na zdjęciu poniżej....;)
A potem na szczęście podano już wino:)
Trochę kultury - poszliśmy na sztukę 'Wig out!' do teatru w środku Chelsea. Transwestyci w niezłych sukienkach, covery R'n'B wykonywane w skąpych ciuchach, gejowski seks - krótko mówiąc przedstawienie, o jakie w polskim teatrze trudno...
Koleżanka z pracy śpiewa na weselach - tak, wiem jak to brzmi... Jak się okazało śpiewa w bardzo popularnym zespole weselnym, który ma 11 członków! Przez to ich wynajęcie trochę kosztuje... W końcu miałam okazję ich posłuchać na koncercie, który zorganizowali w takiej 'sali koncertowej', gdzie wiele gwiazd grało. Oni się może do nich nie zaliczają, ale i tak przyjemnie było posłuchać.
A, sala bardzo się zapełniła. Wręcz wyprzedali wszystkie dostępne bilety!
Kolejne spotkanie po latach, wielu latach, bardzo wielu latach... Raul z Meksyku mieszkający w Barcelonie, z którym poznałam się i wypiłam sporo tequili w Lyonie, wpadł do Londynu. I może nawet tu zostanie, co oznacza więcej tequili w moim życiu....;)
Z Milanem pojechaliśmy odwiedzić Mashę w Portsmouth. Przy okazji obejrzeliśmy okręt Nelsona - i jego portrety, koję, maskę pośmiertną, buty, itp...... Tak, trochę go tam wielbią....
Odbieracie TV Polonia? Mam nadzieję, że tak albo że chociaż wasi sąsiedzi odbierają:) Bardzo proszę nastroić odbiorniki i zasiąść przed telewizorami o godzinie 20.05 (powtórka o 00.05) czasu warszawskiego we wtorek 11 listopada. A z ekranu popłyną do was głupoty, które wypowiedzieliśmy pod wpływem emocji. Będzie też moja praca, nasze mieszkanie oraz my na pierwszych polskich (patriotycznych pełną parą....) obchodach święta niepodległości na Trafalgar Square. Krótko mówiąc 50 minut materiału filmowego zamienione na 2 minuty felietonu....
Po wczorajszych obchodach polskiego Dnia Niepodległości, dzisiaj jego angielska wersja, czyli Dzień Pamięci. Tradycyjnie pod Opactwem Westminsterskie pojawiają się rzędy krzyży.
Z dziewczynami z pracy wybrałyśmy się na zakupy - większość czasu spędziłyśmy w pubie. Chyba musi z nami być bardzo źle skoro wolimy plotkować przy winie niż robić zakupy...
W tamtym roku mnie ominęło, ponieważ byłam w Polsce, ale dzisiaj nadrobiłam zaległości i przez 30 minut wpatrywałam się w niebo podziwiając fajerwerki w pobliskim parku z okazji Bonfire Night. Z tym podziwianiem to może trochę przesadziłam, bo były dosyć słabe, za to atmosfera temu towarzysząca i tłumy (większe niż na Sylwestra) fajnych ludzi na ulicach robiły wrażenie.
Jet blast to nic w porównaniu z siłą emocji związanych z dzisiejszym wieczorem/jutrzejszym porankiem....
W pracy oczywiście jedliśmy czekoladki Celebrations - w olbrzymich ilościach:)
Kilka miesięcy temu byliśmy na wystawie Vanity Fair, a teraz mieliśmy okazję zobaczyć prace Annie Leibovitz wykonane dla tego kultowego magazynu, jak i te do prywatnego albumu. Obie wystawy wydaja się być niepełne, ale idealnie się uzupełniają, więc koniecznie trzeba zobaczyć obie:)
Wielki finał dopiero jutro, ale ja już dzisiaj ugrzęzłam w domu i muszę oglądać eliminacje oraz słuchać historyjek związanych z Formułą 1. A do tego te ryczące silniki.... Super, już się nie mogę doczekać jutra....
Na szczęście, to już ostatni wyścig w tym sezonie i w następne weekendy będzie święty spokój:)
W końcu koniec koszmaru i życia bez internetu! Przyszedł miły pan z BT, założył linię, potem Paweł pobawił się tym trochę i w końcu normalność powróciła do naszego życia:)
Teraz tylko potrzebuję trochę czasu, żeby nadrobić zaległości na blogu...
Diwali to jedno z głównych świąt hinduskich i muszę przyznać, że miałam pewne oczekiwania z nim związane, ponieważ jest to święto lamp. Spodziewałam się tysiąca lamp na placu Trafalgar, a niestety było to samo co zwykle na każdym z festiwali, czyli scena, telebimy, przemówienie burmistrza, namioty z jedzeniem i tysiące ludzi. A zamiast lamp wypuścili baloniki w powietrze. Chyba jednak skoncentruję się na chodzeniu na parady - troszkę więcej się na nich dzieje...
No i już mamy śliczne i cudowne mieszkanie oraz nawet łóżko do niego;) I już się właśnie przeprowadziliśmy, ale niestety internetu póki co brak, więc trudno powiedzieć kiedy będę mogła coś na bloga wrzucić, no i kiedy pojawią się zdjęcia z wakacji. Mam nadzieję, że już jakoś w tym tygodniu:)
Nie mamy już po 15 lat i rzadko nam się zdarza wyjść do klubu, ale jak już wyjdziemy to porządnie:) Wybraliśmy się na Carla Cox'a na otwarcie klubu Matter i Carl pokazał, że jego sława jest zasłużona. Szkoda tylko, że jest aż tak popularny, bo dziki tłum ludzi nie pozwolił tańczyć i pozostało nam jedynie dyganie.
Ze względu na nasze rzadkie wychodzenie miałam typowo kobiecy problem: w co się ubrać do klubu? Pomimo długiego zastanawiania się i tak nie trafiłam, zresztą nawet nie mam takich rzeczy w szafie. Wszystkie panny były na obcasach/szpilkach i w sukienkach, takich z rodzaju prom dresses, oraz z torebką kopertówka pod pachą. Teraz wiem dlaczego ich tyle w sklepach tutaj jest. Tylko że dotąd myślałam, że te sukienki kupują do teatru czy na jakieś rodzinne imprezy, a nie że do klubu....
W Londynie po staremu, czyli deszcz na okrągło i opalenizna zaraz zniknie:(
Z ciekawszych rzeczy to na chwilkę wpadł Tom - Irlandczyk, którego poznałam na Erasmusie w Lyonie. Nie widzieliśmy się siedem lat, więc fajnie było powspominać najciekawszy okres w życiu studenckim:)
Przez najbliższy tydzień jestem bardzo zajęta pomaganiem Gosi P. w robieniu 'nic' we Włoszech. Powrócę w sobotę 6 września - silniejsza i dużo bardziej zrelaksowana:)
Postanowiłam w końcu spróbować swoich sił za kółkiem po drugiej stronie ulicy. Żeby nie rozwalić pożyczonego samochodu wykupiłam lekcję w szkole nauki jazdy. To był chyba dobry pomysł, bo dwa razy prawie władowałam się na czołowe przy skręcie w prawo....
Kolejny kawałek ziemi w Londynie został sprzedany pod biurowce. Szkoda tylko, że to oznacza wyburzenie po 75 latach dotąd jedynego w mieście toru z wyścigami psów. Na pożegnalny wieczór zwaliły się dzikie tłumy, a psy biegały super szybko. To był moment...
Oczywiście obstawialiśmy po nazwach psów. Pennys Chapter czy Roswell Startrek biegały słabo, ale już na przykład Bingo Panda i Seamies Gambler przyniosły mi szczęście i w sumie przytuliłam £4,20 :)
Wolno, powolutku, zaczynamy szukać nowego mieszkania:) Tak żeby do pracy było nieco bliżej (teraz jest godzina w jedną stronę), no i że będziemy wynajmować tylko we dwójkę, a więc więcej miejsca dla gości:)
Już tylko kawa (oczywiście taka w angielskim stylu, porozlewana na boki) trzyma mnie jeszcze przy życiu - bardzo potrzebuję wakacji i mam nadzieję, że już niedługo w końcu nadejdą...
Kolejne barbecue na naszym patio, tym razem z okazji urodzin Magdy. Ekipa całkiem spora jak widać na załączonym obrazku.
A potem jeszcze impreza u Alex z mojito jako tematem przewodnim. Ciężki wieczór to był:)
Sezon turystyczny w pełni i na występach gościnnych mieliśmy Karolinę i Ryana, z którym większość czasu spędziliśmy w pubach ze względu na typową letnią pogodę - tak jakoś deszczowo trochę było...
Jak tylko słonko się wychyliło to ruszyliśmy w poszukiwanie studia gdzie nagrywali Beatlesi. Podpis Ryana na murze jest jednym z tysięcy regularnie zamalowywanych przez właścicieli budynku;)
Koleżanka zorganizowała poszukiwanie skarbów Londynu i cały dzień spędziliśmy chodząc po całym mieście i szukając wskazówek prowadzących nas w sumie nigdzie. Mieliśmy również do wykonania różne zadania, w tym między innymi wpakowanie jak najwięcej osób do budki telefonicznej. Udało nam się zmieścić tam osiem osób, co ponoć wcale nie jest rekordem świata. Ta zmiażdżona koszulka w paski to Paweł...
Doszłam do wniosku, że chyba już tu trochę długo jesteśmy... Niektórzy odwiedzają nas już drugi raz. W tym tygodniu Agata wpadła ponownie, za dwa tygodnie kolejna powtórna wizyta. A znowu inni nawet raz się jeszcze do nas nie wybrali! Pakować się i przyjeżdżać!
Tylko nie wszyscy na raz proszę... :)
Weekend zaczęliśmy super bardzo kulturalnie od French Connection Friday Late Beijing w Muzeum Victorii i Alberta, czyli bardzo bliskiego obcowania z chińską sztuką. Dostałam nożyczki i wycinankę i już pół godziny później udało mi się z tego słonia wystrugać:) Następnie w dziale muzycznym stworzyłam unikalny kawałek przy użycia ołówka i palców. Braw nie było...
Niedzielę spędziłyśmy już spokojnie na drobnych zakupach i na pikniku na Greenwich. Piknik to może za dużo powiedziane, ale pączki i lekkie piwko było, no i co najważniejsze wypróbowaliśmy mój nowy profesjonalny kocyk piknikowy:)
Wzięłam w końcu jakiś dzień wolny i zwiedziłam z Depcią pół Londynu autobusem wycieczkowym z mega grubym przewodnikiem pod pachą. I oczywiście siadałyśmy gdziekolwiek się dało.
Przyjechała do mnie Depcia:) Zaczęłyśmy oczywiście od typowego dania brytyjskiego zwanego tikka masala...;) A potem piwo u Eddiego. Ci co już byli to wiedzą, a Ci co jeszcze tu do mnie nie dotarli to niech się pakują i w końcu wpadną!
W drodze powrotnej mieliśmy lekki poślizg z powodu wizyty pożegnalnej George'a W. Busha, który postanowił przylecieć na najbardziej ruchliwe lotnisko w Europie w godzinach szczytu. Brawo dla George'a. Z drugiej strony miałam dzięki temu okazję zobaczyć Air Force One, co też jest jakimś tam wydarzeniem:)
Ja tu ciężko pracuję, a Paweł chodzi sobie po Nowym Jorku. I jeszcze śmie twierdzić, że on tam do pracy pojechał! Tylko mam nadzieję, że pamięta o prezentach dla mnie:)
Dopiero co odkryto na Stratford bombę z drugiej wojny światowej i było trochę zamieszania podczas jej kontrolowanego wysadzania. A dzisiaj miałam farta, ponieważ udało mi się wylecieć z Lublinka chwilę przed tym jak ewakuowano lotnisko po znalezieniu bomby!
Wybraliśmy się pod Warszawę na wesele Michała i Iwony, a że oboje ubraliśmy się całkiem porządnie, co rzadko nam się zdarza, to też sobie fotkę cyknęliśmy.
P.S. Paweł złapał muchę pana młodego....;)
Temat kryzysu nadal w mediach na okrągło, ciągle te same obrazki reklam nieruchomości na sprzedaż. Aż postanowiłam cyknąć własne zdjęcie, bo miałam już dosyć tego jednego obrazka nadawanego przy każdej okazji przez BBC.
Zostaliśmy zaangażowani w drobne prace nad dziećmi typu spacer, układanie klocków, pisanie literek, no i karmienie oczywiście. Na szczęście było można to popić:)
Na weekend majowy wybraliśmy się w odwiedziny do mojej kuzynki Agnieszki mieszkającej na południu w Hythe niedaleko Southampton i parku narodowego New Forest znanego z biegających na wolności koni, kucyków i osłów.
Pierwszy lot do Londynu wykonaliśmy liniami Centralwings - mieliśmy godzinne opóźnienie. Mama Pawła również wybrała te linie i zaliczyła dodatkowe półtorej godziny siedzenia już w samolocie na lotnisku w Warszawie. Ale w drodze powrotnej chłopaki dali już czadu, bo lot odwołali i dopiero w piątek będzie mogła wylecieć.
Centralwings plajtuje, prawda? Najwyższy czas. Istne dno...
Z Eweliną ostatnio widziałyśmy się jakoś w okolicach matury, ale jak już wiemy wszystkie drogi prowadzą do Londynu gdzie obie teraz mieszkamy i w końcu nawet udało nam się spotkać:)
Banksy skrzyknął grupę niezłych graficiarzy z całego świata i zorganizował Cans Festival w starym tunelu Eurostaru. Ta unikalna (rzadko tego słowa używam, ale w tym przypadku naprawdę trzeba) wystawa była dostępna tylko przez trzy dni, więc dzikie tłumy ciągnęły i w kolejce staliśmy chyba dwa godziny. Ale było warto:) Już teraz mówi się, że to wydarzenie roku w Londynie, gdzie przecież trochę się dzieje....
Więcej zdjęć będzie można zobaczyć w majowym albumie.
No to już wiemy: Boris wygrał. Co to będzie? Co to będzie??
Muszę jednak przyznać, że Boris jest chyba najzabawniejszym politykiem (choć nie jestem pewna czy w ogóle można go tak nazwać...) o jakim dotąd słyszałam, więc może być całkiem zabawnie. Choć rządzenie tak dużym miastem chyba nie powinno być zabawne dla dobra jego mieszkańców...
Kto to będzie? Kto to będzie?? Ken czy Boris??
Poszliśmy na wybory i wiele rzeczy nas zaskoczyło... Agitacja i rozdawanie ulotek od metra aż po samo wejście do szkoły, w której odbywały się wybory. I nie trzeba pokazywać żadnych dokumentów, za to należy na głos powiedzieć imię i nazwisko. A, krzyżyki zaznacza się ołówkiem...
Z okazji urodzin były prezenty, sushi, wino (oczywiście) i musical:) Super bardzo fajny wieczór, choć klasa zdjęć wykonanych potajemnie w ciemności pozostawia wiele do życzenia...
Wiecie jak czasem w gazetach piszą, że ktoś się pomylił wkładając pieniądze do bankomatu i przez to wyciągając np. 50zł dostajesz 100zł i z konta zabierają Ci tylko 50zł? No więc dzisiaj to się mnie przydarzyło:) Zamiast 10 funtów dostałam 20 i normalnie uwierzyć w to nie mogłam:) Zaraz zadzwoniłam do współlokatorów i euforia w domu nadal trwa...
To już drugi duży pożar na Stratford - tym razem z dymem poszło jedno z naszych ulubionych miejsc kebabowych! :( I co teraz, co teraz???
Na dodatek spowodowało to taki korek, ze wychodząc rano do pracy miałam wrażenie, że mieszkam w centrum Manhattanu, gdzie samochody stoją (nie, nie poruszają się) zderzak przy zderzaku. No to czegoś takiego to na naszym kwadracie jeszcze nie było! ;)
Nie było łatwo dostać się na wystawę zdjęć z Vanity Fair. Wystawa jest już od dwóch miesięcy i kończy się dopiero z końcem maja, ale tłumy ciągną i musieliśmy kupić bilety już dwa tygodnie temu. Ale było warto się wysilić, bo niektóre portrety (jak np. ten Lance'a Armstronga) robią niesamowite wrażenie, zarówno te z lat dwudziestych, jak i współczesne. Już się nie mogę doczekać wystawy samej Annie Leibovitz w październiku. Nauczona doświadczeniem bilety kupię miesiąc wcześniej...
W kwietniu spadł pierwszy śnieg zaskakując wszystkich, którzy jeszcze w piątek grzali się w krótkich rękawkach na słoneczku. Oczywiście zaskoczyło to drogowców, jak również British Airways, które odwołało większość lotów. Na szczęście pozwolili jeszcze wylądować największej atrakcji dzisiejszego dnia i ogień olimpijski rozpoczął maraton po Londynie w otoczeniu chińskich mistrzów kung-fu i wysportowanych policjantów. Łatwo im nie było... Demonstracje o wolność dla Tybetu na całej trasie oraz atrakcje typu próba przejęcia pochodni czy zgaszenia ognia gaśnicą spowodowały, że to chyba był dla nich jeden z trudniejszych dni w pracy...
Sebastianowi skończył się kontrakt w Londynie, więc przed jego powrotem do Niemiec wybraliśmy się na drinki pożegnalne do kilku barów przy Angel. A ten napój musujący w kieliszkach to świętowanie awansu, który rano niespodziankowo dostałam:)
Chodziliśmy sobie pół dnia po mieście i było trzeba w końcu odpocząć w pubie. Trafił nam się irlandzki, pełen dziwnych rzeczy... Irlandzkie karaoke z kolorową świecącą się rurką, zdjęcia papieża Polaka, wózek z łańcuchem na kłódkę...
Święta spędzamy z rodzicami - głównie zwiedzamy puby:) Oczywiście to wszystko przez pogodę, która jest na maksa zmienna. Co chwila słońce, deszcz, nawet grad. Tak więc chwila zwiedzania na słoneczku, a potem szybko do knajpy, bo zaczyna kropić...
Sash porzuca karierę w PR i wraca do TV, więc na pożegnanie poszliśmy oczywiście na kolorowe drinki w oryginalnych szklankach z parasolką. Z odejściem Sashy kończy się pewna era w firmie - jedzenia czekolady na okrągło i ciągle... Od poniedziałku przechodzimy na zdrowe żywienie i już nie będzie kto nas miał sprowadzać na złą czekoladową drogę.
Trochę tu ostatnio wieje, trochę bardzo... Zanim doszłam do metra widziałam jakieś czterdzieści porzuconych parasolek i ze swoją też prawie się musiałam pożegnać.
Czas na nowe smaki - dzisiaj były dania prosto z Etiopii. Mięso w oryginalnych przyprawach podane na wielkim kwaśnym naleśniku, którym nabiera się mięso i warzywa. Tak, widelec niepotrzebny, ale szczotka do wyszorowania rąk z sosu jak najbardziej konieczna...
Po Rosjanach dziś Chińczycy witali Nowy Rok - Rok Szczura.
Zaliczyliśmy już dosyć sporo parad w Londynie i zgodnie stwierdziliśmy, że najlepsza jak dotąd była ta gejów w czerwcu. Kolorowo, niezła muzyka, dobrze zorganizowana, fajne gadżety, dużo się działo i nawet deszcz nie przeszkodził bawić się.
No ale tymczasem chińska parada:
Dzisiaj Tłusty Wtorek zwany Dniem Naleśnika, czyli taki nasz Tłusty Czwartek. W sumie chodzi o to samo, czyli o pozbycie się wszystkich ciężkich produktów przed postem. Oprócz tego odbywają się też tradycyjne Wyścigi Naleśnikowe, z których niestety kilka w tym roku odwołano ze względów bezpieczeństwa, bo się dzieci z patelniami mogą wywalić. A mogło być tak pięknie:
Ostatnia wizyta z serii, zupełnie inna niż poprzednie, czegoś brakowało... Zakupów na wyprzedażach! Z facetami to jednak zupełnie inaczej... Wybrali Imperialne Muzeum Wojny...
Ale puby po staremu:)
Rozpoczęła nam się seria wizyt: na pierwszy ogień poszła Kasia, dzięki której wybrałam się w końcu do dzielnic, w których jeszcze z braku czasu nie byłam.
No i mamy 2008. Sylwester bardzo udany - impreza u kolegi, wyjście na dach, widok na fajerwerki pod London Eye i temperatura sprzyjająca wychodzeniu na zewnątrz. A potem, dzięki życzliwości banku Nat West, darmowy powrót do domu metrem.
Szczęśliwego!
Ale też całkiem potężnych budowli wyglądających trochę jak z Gotham City z czasów Batmana.
Jest też kilka nowocześniejszych budowli, a właściwie dzieł sztuki.
I jeszcze jedno dzieło sztuki, a zarazem symbol miasta, o wdzięcznej nazwie "SuperBaranoBanan".
Liverpool będzie Europejską Stolicą Kultury w 2008 i zarówno władze miasta jak i sami mieszkańcy wiążą z tym wydarzeniem ogromne nadzieje. Zostało im tylko kilka dni na przygotowania i jednego jestem pewna: nie zdążą... Centrum miasta to jeden wielki plac budowy! Można przejść kilka przecznic pomiędzy samymi niezamieszkanymi budynkami, które są w remoncie. Właściwie to nawet nie są odnawiane, tylko na dobrą sprawę nowobudowane w oparciu o stare fasady.
Niemniej jednak fakt, że wygrali ten konkurs, napawa mnie optymizmem. Oznacza bowiem, że Łódź powinna bez problemu zostać Europejską Stolicą Kultury w 2016!
I na koniec coś co bardzo przypomina Łódź - rewitalizowane budynki. Tylko że w ich przypadku to są doki. Czyli taka Manufaktura plus woda:)
Wycieczka była bardzo udana i pouczająca - wiemy już na pewno, że dobrze zrobiliśmy stawiając na Londyn:)
A, no i na pewno będzie więcej wycieczek po Anglii!
Tym razem Państwo Jaszeccy zawitali do Londynu na weekend. Karolina ciężko pracowała, a my w tym czasie siedzieliśmy w pubie:) No dobra, trochę sztuki też było, bo poszliśmy do Tate zobaczyć dziurę w ziemi.
Sezon imprez świątecznych w pełni. My naszą mieliśmy w klubie w stylu lat 40-tych. Nie, ta sukienka nie wisiała u mnie w szafie, kupiłam ją specjalnie na tę okazję! Niestety już w samym klubie niewiele osób było przebranych:( Ale kilka win później nie zwracaliśmy już na to uwagi...:)
Chyba czas na pierwsze oficjalne przeprosiny na blogu...
Przepraszam, ostatnio rzeczywiście zaniedbałam go nieco... Mało tego! Nawet nie mam dobrego wytłumaczenia, bo wcale nie siedzę po nocach, mam czas, chyba głównie natchnienia brakowało... Spróbuję teraz powrócić do zwyczaju regularnego pisania na blogu:)
W mediach o tym głośno, więc na blogu też musi być, tym bardziej, że ten pożar to zaraz obok nas wybuchł! A nie 3 mile od Stratford jak podała GW.
Oto widok od nas z okna. Zdjęcie, narażając życie, wykonał OSA, obecnie na występach gościnnych w Londynie.
W ramach tęsknoty za Ojczyzną poszliśmy dzisiaj do polskiej knajpy w POSK-u. Menu w tradycyjnym staropolskim stylu, aż nie mogłam uwierzyć, że ceny są w funtach, bo tak bardzo ten design kojarzył mi się ze złotówkami... Jednak główną atrakcją była Pani krzycząca "numer trzeci!" przez mikrofon, gdy dania były gotowe do odbioru.
Dzisiaj wielki dzień: po raz pierwszy wyląduję w Łodzi! Rodzice też są podekscytowani, bo jeszcze nigdy nie byli na naszym łódzkim lotnisku...
Wizytę czas zacząć!
Dzisiaj był pierwszy dzień w nowej pracy! I jest super!! Tzn. tak normalnie, tak jak powinno być, ale dotąd tej normalności nie miałam, więc jest po prostu super! Może trochę namieszałam w tej wypowiedzi, ale najważniejsze, że jestem bardzo zadowolona:) I pnę się wyżej;)
Na zdjęciach ta kolejka rzeczywiście nie wyglądała zbyt imponująco, ale na YouTube można oczywiście już znaleźć wiele filmików lepiej ją ilustrujących... Ale pamiętajcie, że to tylko jeden z punktów wyborczych!
Ja już w podstawówce doszłam do tego, że jest bardzo dużo Polaków o nazwiskach zaczynających się na P i S, ale widocznie pracownicy ambasady w Londynie o tym nie wiedzieli i wyborców podzielili tak po równo od A do K i od L do Z. Dzięki temu z Pawłem znaleźliśmy się w krótszej kolejce i czekaliśmy na wrzucenie losu tylko jakąś godzinę. Nasza współlokatorka miała mniej szczęścia i odstała ponad 3 godziny. Wspieraliśmy ją telefonicznie z naszej kolejki powtarzając, że to dla jej rodziny i dla tych co zostali. Doceniacie?:)
Od tygodnia wszyscy żyli rugby i pokładali wielkie nadzieje w tym panu z obrazka. Nawet wystawili jego figurę woskową na Trafalgar Square obok innego bohatera narodowego. Planowano również paradę zwycięstwa, na którą nawet się napaliłam. No ale niestety imprezy nie będzie, walczyli dzielnie, ale przegrali w wielkim finale z drużyną RPA. Ponoć przegraną oglądało 30 mln Brytyjczyków. Ale spokojnie, nadal większość z nich nie rozumie zasad i o co chodzi w tym całym młynku...
Komunikat: złożyłam wypowiedzenie.
Nie chciałam przynudzać na blogu o codziennym koszmarze, który przeżywałam w pracy przez ostatnie kilka miesięcy, ale skoro w końcu się z niego uwolniłam to czas o tym wspomnieć.
Krótko mówiąc było bardzo ciężko i wykończyło mnie to psychicznie. Nie, nie chodzi o ilość pracy, choć tego też było bardzo dużo, ale o atmosferę tworzoną przez szefową, która chyba za bardzo wzięła sobie do serca film "Diabeł ubiera się u Prady". W sumie powinnam się zorientować, że coś jest nie tak już w pierwszym tygodniu pracy, gdy dowiedziałam się, że w firmie istniejącej od jedenastu lat nikt (poza córką szefowej) nie pracował dłużej niż rok... Każdy miał swoje powody żeby tam być, ale powoli wszyscy się wykruszają, a ona zawsze znajdzie następnych jeleni takich jak ja. Ja wytrzymałam tam sześć miesięcy tylko po to, żeby na moim CV było widać, że mam brytyjskie doświadczenie. A teraz w końcu mogę move on:)
Bardzo mi ulżyło:)
No i teraz szukam nowej pracy.
Kampania wyborcza w Polsce w pełni, więc do nas też przyjechali zachęcając do powrotu do domu, a przede wszystkim wrzucenia losów na nich. Oczywiście poszliśmy zobaczyć co obiecują. No i jak zwykle tylko najedliśmy się wstydu za rodaków (po kilku głębszych) siedzących na sali i wykrzykujących hasła prokaczyńskie. Tylko skoro tym panom tak bardzo się podoba obecny rząd to trochę nie rozumiem dlaczego są w Londynie... A, no i tradycyjne "Sto lat" też oczywiście ktoś zaintonował...
No więc okazało się, że Nigella gotuje w biurze na przeciwko mojego! Niestety żadnych resztek nie dostajemy i na lunch trzeba chodzić po staremu do baru za rogiem. Generalnie jedno wielkie oszustwo, bo przecież z nagrania wynika, że gotuje w domu, a to takie samo biuro jak mojej firmy:( Telewizja kłamie!
Nie ma przebacz - olbrzymi panowie w obcisłych spodenkach latają po francuskim boisku i trzeba się dostosować do reszty społeczeństwa i w pubie wszystkie mecze oglądać. Dobrze, że duży wybór piw mają...;)
I kolejny festiwal. Tym razem wieczorową porą, na co mój aparat nie jest przygotowany... Nagle zrobiło się bardzo zimno, więc niestety do wielkiego finału nie dotrwaliśmy (przyznaję, to moja wina:).
Trwa modowe szaleństwo i my też mieliśmy iść na jeden pokaz, ale namiot się zapełnił i pomimo zaproszeń i odstania 40min w kolejce już nas nie wpuścili:( Na pocieszenie cyknęłam szybką fotkę przechodzącemu młodzieńcowi.
Wzruszyłam się bardzo gdy zobaczyłam ten samochodzik. Dokładnie taki sam unikalny kolor - bordo mat - miał mój pierwszy samochód: maluch zwany blaszaną wisienką:) Jeśli chodzi o wysłużone lata to też widzę tu pewne podobieństwo...
Sobota to dzień święty - chcę się wyspać po całym tygodniu ciężkiej pracy.
Niestety ostatnio są z tym trochę problemy. Na przeciwko budują szpital na zbliżającą się Olimpiadę w 2012r, która będzie w tej dzielnicy. W związku z tym w soboty też mamy pobudki skoro świt i od 7.30 rano chłopaki szaleją na budowie.
Jak pewnie się domyślacie jestem tym zachwycona i potem cały dzień mam świetny nastrój...
Idziemy na koncert!:) Za pierwszym razem jak miałam iść na ich koncert w Stanach to go odwołano, bo Mike D złamał nogę jeżdżąc na BMX... Ostatnio grali w Polsce, ale to ja stwierdziłam, że się wyprowadzę do Londynu i też się nie udało. Ale przyjechali! Co prawda dowiedziałam się o tym jak już wykupiono bilety, ale udało się je dostać w drugim obiegu:)
Wieczorny update: było super!!!:) I, jak widać na załączonym obrazku, byłam blisko:)
Dzisiaj mieliśmy długo oczekiwany przedłużony weekend i karnawał na Notting Hill. Była kolorowa parada, cała dzielnica dudniąca muzyką, dzikie tłumy, niezliczona liczba straganów z jedzeniem i scen z różnymi gatunkami muzyki oraz ludzie bawiący się w jej rytm na każdym dostępnym centymetrze Notting Hill.
Wnioski na przyszły rok: przynieść piwo ze sobą, bo te kolejki po wszystko były przegięciem...
I kolejna wizyta. Oczywiście znowu bardzo szybka... Kolacja, piwo/cydr, plotki i już Justyna pojechała dalej. Ale może jeszcze wróci z dostawą suchej kiełbasy:)
Poszliśmy na wystawę sztuki wysokiej:) Szkoła Jedi, statki, różne pojazdy, roboty, dziwne kreatury, no i stroje księżniczek dla dziewczynek, czyli dla każdego coś miłego:)
Szalony sobotni wieczór w europejskiej stolicy rozrywki. Grupa znajomych gra w kalambury. Emocje sięgają zenitu, gdy Paweł dowiaduje się, że ma przedstawić Paris, a Marcin męczy się z odtworzeniem Justina.
Starzejemy się... I to jest oficjalne...
;)
Dzisiaj było bardzo kulturalnie, poszliśmy na West End na musical. Spektakl wesoły (Drowsy Chaperone), miejsca bardzo dobre (spokojnie, bilety dostaliśmy w prezencie...), ale przede wszystkim wrażenie robi sam teatr - Novello Theatre z niesamowitymi balkonami i dekoracjami.
Dzisiaj urodziny Dawida, kolegi z osiedla. Chłopak się postarał, przygotował sałatki, zabójczy poncz oraz kolorowe szaszłyki. Poncz był naprawdę zabójczy, już po jednej szklaneczce....
W Londynie i ci najważniejsi metrem jeżdżą. Paweł uciął sobie dziś pogawędkę w czerwonej linii (sic!) z byłym premierem. Też na razie nie zamierza do kraju wracać;)
Przyjechał Milan w krótkie odwiedziny i poszliśmy na paradę. Pride London - parada mniejszości seksualnych. Polska pojawiła się w przemówieniu zarządzającego Londynem - wymieniona razem z Estonią, Mołdawią i Rosją. Bo to są kraje, w których nie przestrzaga się praw człowieka (to według transparentów Amnesty International). Pozostali mogli być dumni.
W ramach zacieśniania więzi ze współpracownikami w piątek wszyscy chodzą na kilka drinków do baru za rogiem. Wszystkie puby są pełne, a w związku z zakazem palenia w wielu z nich pełne są również chodniki przed pubami. Jest to piękna tradycja, którą w naszym biurze również kultywujemy. Tyle że dzisiaj w naszym barze była promocja "kup jeden, drugi gratis"...
W pracy kombinują z moim imieniem i powróciła znienawidzona przeze mnie "Maggie". Oczywiście za używanie tego "przezwiska" dostaje się natychmiast po głowie. W związku z tym współpracownicy nazywają mnie Mag tudzież Mags.... Na szczęście właściciele restauracji (ekskluzywnej oczywiście) wiedzieli, jak brzmi moje fajne imię.
Wiem, straszne głupoty dopisałam do tej fotki...;)
Zaraz przed wyjazdem udało mi się coś jeszcze pozwiedzać w Leeds, które jest ciekawszym miastem niż sądziłam. Przed przyjazdem tutaj wyobrażałam je sobie jako takie robotnicze czy przemysłowe miasteczko, a okazało się miejscem z klimatem, które można bardzo polubić.
No i najważniejsze wydarzenie całego weekendu bollywodzkiego - wręczenie nagród. Pomiędzy kolejnymi kategoriami oczywiście było kolorowo i tanecznie, występowały największe gwiazdy wzbudzając olbrzymie emocje i podrywając publiczność do tańca.
No dobra, przyznaję, że jakość mojego filmiku jest beznadziejna... Ale na YouTube oczywiście można znaleźć lepsze (poniżej), choć mój był pierwszy!
Przy śniadaniu zaskoczył nas alarm przeciwpożarowy i wszyscy musieliśmy opuścić hotel. Wszyscy, łącznie z całą wycieczką seniorów, którzy zaczęli sobie cykać pamiątkowe zdjęcia, co ja oczywiście czym prędzej wykorzystałam.
Tego dnia udało mi się też w kończu zwiedzić Town Hall w Leeds, w którym pracowałam już trzeci dzień, ale jakoś wcześniej nie udało mi się nic zobaczyć, poza moim pokoikiem, w którym wydawałam akredytacje dziennikarzom.
W ramach obowiązków służbowych zaliczyłam gwiazdorski mecz krykieta (nie, nadal nie mam pojęcia o co w tej grze chodzi...) oraz urodziny Shilpy Shetty, która jest tutaj niezwykle znana, ponieważ wzięła udział w Celebrity Big Brother i była tam dyskryminowana, a następnie Richard Gere pocałował ją publicznie, za co chcieli ją niemal ukrzyżować... I tak się zostaje najbardziej rozpoznawalną bollywoodzką gwiazdką w Anglii.
Spędziłam kilka dni na najważniejszym filmowym wydarzeniu w Bollywood - rozdaniu corocznych nagród. Gwiazdy i gwiazdeczki maszerowały po zielonym dywanie, ponieważ Bollywood angażuje się w akcje proekologiczne. Ja sypiałam po 3-4 godziny dziennie, a tłumy szalały...
Urządziliśmy sobie barbecue w naszym ogródku. Trochę to wygląda jak spacerniak na tym zdjęciu, ale tak naprawdę jest tam zielono i bardzo przyjemnie (szczególnie po kilku drinkach:)
Trochę jestem ostatnio zarobiona, wręcz przygnieciona robotą... Jeśli się zastanawiacie czym jestem tak zajęta to od razu zaspokoję Waszą ciekawość: Bollywoodzkie Oscary. Tak, wiem jak to brzmi...
Odwiedził nas Andrzej. Trasa wycieczki była prosta - dom, knajpa, pub... Kilka kufli później Andrzej jasno dał nam do zrozumienia, że do kraju wracać nie możemy, bo chce mieć kogo odwiedzać w Londynie. Ok, dostosujemy się.
No więc ni z tego ni z owego pojechałam z pracy do Cannes! Tylko na dwa dni, ale to nie ma znaczenia - było super!:) W Cannes byłam już kilka razy, ale nigdy podczas festiwalu - to miasto jest nie do poznania wtedy, pełne paparazzi...
Wielka zmiana w naszym życiu! Weszliśmy w posiadanie telewizora!!!! Nie, to nie ten widoczny na zdjęciu - ten boombox po prostu chwycił mnie za serce i czym prędzej go uwieczniłam.
Telewizor dostałam od szefowej, bo kupiła sobie nowy. Mamy w nim odtwarzacz kaset wideo (hmmm, czy mogę prosić o dosłanie kilku egzemplarzy tej technologii sprzed lat?? Może ktoś jeszcze ma jakieś na strychu??), 5 kanałów i możemy oglądać już wszystkie brytyjskie wersje Klanu, Na wspólnej itp., więc na pewno zrozumiecie i wybaczycie jeśli nie będę pisać;)
Ta trójka na dancefloorze to nasi współlokatorzy - Alisa, Michał i Magda:)
Byliśmy wczoraj na imprezie w klubie i leciał nawet MC Hammer, Vanilla Ice i Salt'n'Pepa. To tak w ramach ostrzeżenia, bo przecież Londyn wyznacza trendy. Bójcie się.....
No i w końcu pierwszy raz zestaw fish & chips!:) Niestety nie w gazecie, ale za to w "ulubionej knajpie taksówkarzy" (wg jakiejś recenzji), więc jakość najwyższa. Tylko że trochę się ruszać nie mogliśmy po tej porcji, bo tłuszczu to nie żałowali przygotowując danie...
Weekend spędziliśmy na łódkach w Małej Wenecji. Kanał, wąskie przejścia, ludzie pchający się tam z wózkami, dzieci machające balonikami, krótko mówiąc: majówka...:)
Londyńscy Sikhowie urządzili imprezę na Trafalgar Square. Na początku, jak to kompletna ignorantka, myślałam, że to dożynki, bo tak jakoś podobnie wyglądało... Ale potem okazało się, że to obchody nowego roku Sikhów - Vaisakhi. Były tańce, śpiewy i kolejki do jedzenia. No to chyba nic dziwnego, że pomyliłam z dożynkami... A, niektóre figury taneczne były naprawdę imponujące.
Dodatkowe info: jak się jeszcze bardziej w to wczytałam to się okazało, że to nie do końca nowy rok, tradycja mówi coś innego, ale w pewnym momencie zaczęłam się w tym gubić...
Dzisiaj coś bardziej dla chłopców.
Poszliśmy na start rajdu Gumball 3000. Na jednej ulicy w centrum Londynu, wg obliczeń Pawła, zebrano polski produkt krajowy brutto w postaci bardzo szybkich samochodów. Tylko że tych obliczeń dokonał po zobaczeniu dopiero połowy "wystawy".... Zdjęcia tych stu super samochodów przesyłam na specjalne zamówienia - pierwsze 20 gratis;)
A przy samym starcie to trochę głośno było...
Londyn, jak wszyscy wiemy, jest wielokulturowy. W sklepach polskie produkty, nad sklepami szyldy po rosyjsku, chińsku i koreańsku, a nazwy ulic w hindi. Dostałam się do agencji PR i moje życie niedługo też będzie przesiąknięte hindi, ponieważ firma ta zajmuje się m.in. promocją filmów z Bollywood!!
A, jestem bardzo zadowolona i nadal nie mogę uwierzyć, że już dostałam szansę na pracę w "wyuczonym zawodzie"...
Już prawie tydzień tutaj jestem, a jeszcze żadnego zdjęcia Big Bena nie było! Tak więc dzisiaj nadrabiam zaległości i oto Paweł zapoznający się z Benem. Dużym Benem.
Wczoraj podziwiałam lokale HSBC niedostępne zwykłym śmiertelnikom, a dzisiaj już jako maleńki żuczek ustawiłam się w kolejce po otwarcie konta bankowego dla świeżych emigrantów. Całość zajęła nam tylko 3 godziny...
Żadnego ciekawego zdjęcia w lokalnym oddziale banku nie dało się zrobić, dlatego dla przypomnienia dekoracje z siedziby głównej.
Kolega zabrał nas na nielegalu na 41 piętro banku HSBC, którego dyrektorzy mają całkiem niezły widok na miasto, obradując w swoim mega dużym pokoju konferencyjnym z olbrzymim stołem za milion funtów....