Poszliśmy na private view nowej wystawy w Saatchi Gallery, którą media określają jako przełomową, bo ponoć Saatchi znowu zdołał odkryć kilka talentów. Hmmmm, być może, ale w sumie to tylko jakaś 1/3 wystawy mi się podobała - zwykle ta średnia jest nieco wyższa. Był też polski akcent, bo wśród artystów była Goshka Macuga. A mnie się najbardziej podobali ludzie w rogu.
W to lato nie da się uciec od piłki nożnej. Jest wszędzie, wszyscy się podniecają, niektórzy nawet nowy wystrój recepcji sobie przygotowali... Szkoci tam pracujący muszą być zachwyceni.
Ja wiem, że to tylko szkoła, ale nie jest ją łatwo połączyć z normalną pracą i wszystkim innym co się obecnie w moim życiu dzieje, więc strasznie jestem z siebie dumna, że dostałam distinction za moją pracę. Tak więc ta nauka od świtu do późna w nocy nie poszła na marne:)
Oglądanie w teatrze coś co jeszcze niedawno oglądało się w telewizji to ciekawe doświadczenie... Ciekawie zrobiona kontrowersyjna sztuka, ale jestem w stanie zrozumieć, że w Nowym Jorku się nie spodobała.
Pawłowi najbardziej się oczywiście podobało jak zaczęli machać mieczami świetlnymi a la Gwiezdne Wojny.
Z gośćmi z Barcelony, Marcinem i Ale, spotkaliśmy się na pikniku w parku. A potem były zajęcia w podgrupach: dziewczyny na zakupy, chłopcy na mecz Anglia vs. US, a ja i Marcin do baru:)
Z Kuzynką & Family poszliśmy do Kew Gardens. Być może niezbyt mądra decyzja biorąc pod uwagę stężenie pyłków... Ale przeżyłam.
Było tam dużo kolorowych motylków; niektóre były po prostu gigantyczne. I nie mam na myśli tego na zdjęciu; było kilka większych.
Obecnie główną atrakcją Kew Gardens jest chodzenie wśród koron drzew i podziwianie ich listków z bardzo bliska. Bardzo się na to napaliliśmy, ale w praktyce nie było to takie super jak się spodziewaliśmy.
Na koniec długiego weekendu odrobina kultury. Tak, znowu znalazłam jakąś promocję na bilety... Ale tym razem mieliśmy super miejsca, a i przedstawienie było całkiem niezłe. Porządna dawka angielskiego humoru.
Zapakowaliśmy się w samochód i wyruszyliśmy w poszukiwaniu ładnych widoków. Znaleźliśmy taką wysepkę z latarnią.
I malowniczy cmentarz z ruinami kaplicy.
A w Cobh natknęliśmy się na różne gadżety związane ze statkiem Titanic. To dlatego, bo Cobh było jednym (chyba ostatnim) z przystanków w dziewiczym rejsie Titanica.
W piątkowy wieczór zaraz po pracy popędziliśmy na lotnisko i już przed północą zasiedliśmy przy stole z rodziną Ciężkich w Cork na południu Irlandii. A że zaopatrzyliśmy się odpowiednio w strefie bezcłowej to było co przy stole robić...;)
No dobrze, nie wygraliśmy tym razem, ale i tak jestem na maksa dumna, że po raz pierwszy mój projekt był nominowany w międzynarodowym konkursie PR-owskim. A dokładniej nominacja w jednej z kategorii , a w innej dostaliśmy Certificate of Excellence. Tak więc może nie wróciliśmy ze statuetką, ale konkurencja była duża, chyba 3,000 zgłoszeń z całego świata czy jakoś tak - nie słyszałam dokładnie, bo Libby po kilku kieliszkach wina ciągle powtarzała, jaka jest ze mnie dumna...;)
Tak było dokładnie 12 miesięcy temu (powyżej), a w tym roku, tak zupełnie znikąd (poniżej), Dorota zostawiła kangury w spokoju i przyleciała, i na dodatek zostaje na dłużej!! Hura! I bardzo jestem z niej dumna i w ogóle strasznie się cieszę, że tu jest:) No i nie mogę się doczekać wizyty na planie...
Aż trudno w to uwierzyć, że w Londynie też może być tak naprawdę gorąco! Więc tak jak cała reszta mieszkańców miasta spędziłam cały dzień w parku. Zapotrzebowanie na zieloną trawkę było bardzo duże i nawet (świeżutko odnowiony) maleńki skwerek na Brixton był cały zajęty.
Sobotni wieczór w moim ulubionym Ritzy na Brixton: i film dobry, i sesja Q&A z reżyserem i dużą częścią obsady była super - wszyscy byli bardzo zabawni i w ogóle. Choć czasem w trakcie filmu to aż wstyd było się śmiać...
Poszłam do lokalnego Tesco, a tu taka niespodzianka: Prince Polo rzucili!!! Od dawna mieli bardzo dużo polskich produktów, ale z jakiegoś powodu ciągle nikomu do głowy nie przychodziło, żeby sprowadzić Prince Polo. W końcu kogoś olśniło. I zrobiłam dzisiaj idealne zakupy:)
No to teraz już na pewno zostajemy... Sorry Babcia...
Gotan Project w Brixton Academy - najfajniejsze jest to, że to właściwie zaraz po domem. I koncert też niezły. W życiu nie widziałam żadnego z ich teledysków, tylko ich słuchałam, więc fajnie było ich po raz pierwszy zobaczyć. Za to Pawłowi najbardziej się podobało, że jeden z nich wywalił się na końcu przy brawach...
Kolejny powód dlaczego tak bardzo lubię Londyn: człowiek idzie sobie na otwarcie wystawy w galerii fotografii, a tu nagle zostaje wciągnięty do fabryki malowania paznokci, żeby pomóc szkole kosmetycznej pobić rekord Guinnessa. I w ten sposób załapałam darmowy manicure. Lubię pomagać innym:)